Farmaceuto lecz się sam ;)

I oto przeziębienie dopadło i mnie, w sumie nie ma się co dziwić, gdyż w ostatni czwartek przemarzłam okropnie! Bolały mnie mięśnie, kark, szyja, migdałki...w piątek przeszło a dziś jednak powoli dopada :/ Jak rzecze stare chińskie przysłowie- nie bądź osłem gdy pada deszcz, czyli farmaceuto lecz się sam ;) Po antybiotyki póki co się nie wybieram, gdyż uważam, że byłoby to posunięcie całkowicie bezsensowne. Zatem- co robić gdy dopada nas przeziębienie?


Po pierwsze, ważne aby się wygrzać oczywiście w miarę naszych możliwości. Dobrym pomysłem będzie gorąca herbata z sokiem malinowym lub z miodem- ważne, żeby miód dodawać do ciepłego ale nie gorącego płynu, gdyż w wysokich temperaturach miód traci swoje pro-lecznicze właściwości. Miód działa przeciwzapalnie, przeciwbakteryjne oraz przeciwkaszlowe. W pierwszych dniach przeziębienia zawsze sięgam po znienawidzony przez wielu syrop z cebuli (cebulę kroimy, zasypujemy cukrem i odstawiamy). Ja swój syrop nieco modyfikuję i dodaję do niego kilka ząbków czosnku. Substancje zawarte w cebuli i czosnku są uznawane za naturalne bakteriostatyki, zawierają w sobie związki siarkowe, które uniemożliwiają namnażanie drobnoustrojów. Ponad to, syrop z cebuli, czosnku połączony z miodem i pity powoli działa powlekająco na tylną ścianę gardła przez co zmniejsza częstotliwość odruchu kaszlowego. Dla osób, które fatalnego smaku nie zniosą polecam syrop Alcep (z cebuli), tabletki do ssania Propolki, Tymianek i podbiał lub na przykład Isla- wszystkie wymienione tabletki działają nawilżająco. Będą pomocne w przypadku nieprzyjemnego uczucia chrypki czy drapania w gardle.
Kolejną pozycją na liście "leków na przeziębienie" są preparaty złożone oparte na paracetamolu, ibuprofenie lub kwasie acetylosalicylowym. Tu wybór jest ogromny i tak naprawdę ciężko podać jeden najlepszy- "złoty środek". Preparat złożony powinien być dostosowany do indywidualnych potrzeb pacjenta. Jeśli przeziębieniu towarzyszy mokry kaszel pamiętajmy aby nie sięgać po preparaty zawierające dekstrometorfan...który jest dość silnym lekiem przeciwkaszlowym. W efekcie zafundujemy sobie zaleganie wydzieliny, co może prowadzić do poważnych powikłań. Swoją drogą zawsze pamiętajmy aby z rozwagą sięgać po leki przeciwkaszlowe. Wiele preparatów oprócz składnika obkurczającego błonę śluzową nosa (pseudoefedrynę, fenylefrynę) zawiera również lek przecihistaminowy- feniraminę, która hamuje cieknący, uciążliwy katar, hamuje wyciek z nosa ale go nie "odtyka". Trzeba jednak zwrócić uwagę, że feniramina może powodować uczucie senności...więc uwaga kierowcy!
Następnym elementem jest dobór odpowiedniego syropu, gdy nie wiemy z jakim kaszlem mamy do czynienia warto sięgnąć po Herbapect, pić dużo płynów....a gdy kaszel przejdzie w produktywny wybrać się po syrop wykrztuśny. Tu poradźmy się farmaceuty i dobierzmy syrop adekwatny do natężenia kaszlu. Jedną z najsilniej działających substancji jest acetylocysteina (ACC), następnie ambroksol, bromheksyna. Nie zapominajmy również o niegdyś znanych i chętnie stosowanych "tabletkach emskich", które upłynniają zalegającą wydzielinę. Wszystkie środki wykrztuśne stosujemy do godziny 17...inaczej zakaszlemy się w nocy. Wspomnę jeszcze o bardzo ważnej kwestii, o której często zapominamy- stosując środki wykrztuśne koniecznie trzeba zwiększyć podaż płynów. Czemu? A czym nasz organizm ma upłynnić zalegającą, gęstą wydzielinę? hęęę?? Polecam zaopatrzyć się w fixy np. z lipy, która dodatkowo działa napotnie, delikatnie przeciwgorączkowo,koi podrażnione gardło oraz łagodzi kaszel.
Na zakończenie kilka uwag, po pierwsze pamiętajmy żeby nie łączyć paracetamoli i aspiryny, gdyż nasilamy działanie uszkadzające nerki. Ważne aby zachowywać odpowiednie przerwy pomiędzy kolejnymi dawkami paracetamolu, gdyż jest to lek działający "pułapowo", tzn. powyżej dawki 1000 mg nie nasila się już "korzystne" działanie a jedynie pogłębiają się działania niepożądane. Preparaty oparte na aspirynie i sama aspiryna nie są odpowiednie dla dzieci poniżej 14 roku życia, gdyż w niektórych przypadkach może dojść do wystąpienia groźnego dla życia zespołu Rey'a. Kropli/sprayów do nosa opartych na ksylometazolinie i jej pochodnych nie mogą być stosowane dłużej niż 5- 7 dni (max). I jeszcze jedno, pić, pić i jeszcze raz pić :)

Cóż, trzymajcie się cieplutko :)
Pozdrawiam A.

Barwa; balsam do ciała oliwkowy z ekstraktem z shitake

Czasem gdy patrzę na nazwy kosmetyków, myślę sobie- czego to ludzie nie wymyślą. Balsam do ciała nawilżająco-regenerujący, oliwkowy- moim zdaniem wystarczyłoby w zupełności. Producenci prześcigają się w wymyślnych nazwach. Przyczyna tego wyścigu jest prozaiczna- zachęcić, zaintrygować jak największą liczbę potencjalnych klientek...taka dygresja na początek.


Balsam do ciała oliwkowy z ekstraktem z shitake firmy Barwa trafił w moje ręce przy okazji spotkania bloggerek, przyznam szczerze, że dość długo leżał odłogiem aż w końcu zdecydowałam- to ten moment. Balsam ma całkiem przyjemny, oliwkowy zapach, który moim zdaniem jest dość neutralnych, choć spotkałam się również z odmiennym zdaniem na ten temat. Na pierwszy rzut oka konsystencja jest również obiecująca, lekka, nie klei się, nie jest tłusta- będzie się szybko wchłaniał-pomyślałam. Chwilę później już wiedziałam, że się pomyliłam. Balsam strasznie się "bieli"- podobnie jak mleczko do ciała Alterry, co gorsza na mojej skórze biała warstwa znikała w ślimaczym tempie. Nie będę ukrywała, że strasznie mnie to irytowało. Plusem jest jego wydajność, gdyż niewielką ilością produktu wysmarujemy się od stóp do głów. Samo działanie oceniam na bardzo przeciętne. Chwilowe ukojenie i przelotne nawilżenie znika stosunkowo szybko. Rano mam wrażenie, że moje łydki są suche na wiór, mimo iż nie mam suchej skóry. W cieplejszych miesiącach może okazać się wystarczający jednak zdecydowanie nie polecam owego balsamu w okresie zimowym, jak na mój gust będzie za słaby.

W odniesieniu do obietnic producenta balsam oliwkowy z ekstraktem z shitake wypada blado. Na pewno nie określiłabym go mianem produktu regenerującego (podejrzewam, że słowo regenerujący zostało dodane ze względu na teoretyczne działanie regenerujące ekstraktu z grzybków shitake, które nota bene są cenioną substancją adaptogenną). Ile ekstraktu zawiera dany produkt- na pewno za mało by mogły wykazać obiecywane działanie ;) Moim zdaniem jest to sprytny chwyt marketingowy.


Na zakończenie wspomnę również o przyzwoitej tubce, z której łatwo wydobyć resztki balsamu. Szata graficzna również zachęca, ładnie, kolorowo i zielono :) Czy kusi? Mnie średnio. Podsumowując, wydaje mi się, że zważywszy na przystępną cenę, dostępność można wypróbować. Każda z nas ma inną skórę i inne preferencje co do konsystencji danych produktów. Nie wykluczam, że balsam może przypaść Wam do gustu, ja natomiast oceniam go na 3. Przeciętniaczek.

Przyszedł czas i na mnie, czyli KosmetyczkaAni na FB

Wzbraniałam się bardzo długo, opierałam...aż uległam. Czy słusznie- zobaczymy. Oto mam przyjemność poinformować Was, że KosmetyczkęAni znajdziecie również na Facebooku. Przyznam szczerze, że idę trochę "na żywioł" ale mam nadzieję, że się uda i profil również będzie rozwijał się w najlepsze. Mam nadzieję, że dzięki profilowi będę mogła być z Wami na bieżąco :)

Pozdrawiam serdecznie i zapraszam :)


Mam i ja, czyli o miłej przesyłce ze strony Firmoo.com

O okularach Firmoo, podobnie jak większość z Was wiem nie od dziś. Widywałam rożne wpisy, recenzje i zawsze zastanawiałam czy okulary oferowane przez ową firmę są rzeczywiście tak fantastyczne. Nie ulega dyskusji, że w swoim asortymencie Firmoo posiada naprawdę pokaźny zbiór różnych modeli oprawek. Jakiś czas temu odezwała się do mnie przedstawicielka Firmoo. com z propozycja wypróbowania ich okularów. Przyznam szczerze, że nie zastanawiałam się długo i zgodziłam się na współpracę. O ile decyzja o współpracy zapadła dość szybko...tak "proces" wybierania oprawek przyprawił mnie o mały zawrót głowy. Firmoo.com oferuje niezliczony wachlarz możliwości. Okulary dzienne jak i przeciwsłoneczne, oprawki klasyczne, kujonki, męskie, damskie, wąskie, szeroki....wybór jest ogromny! Po długich namysłach zdecydowałam się na dość klasyczny model "bez dołu".


Muszę przyznać, że wybór szkiełek również jest pokaźny, w sumie każdy znajdzie tu coś dla siebie- okulary zwykłe, fotochromy czy progresy. Podstawą jest poprawne wypełnienie wirtualnej recepty i oczywiście dobranie oprawek. W owym wyborze może nam pomóc "wirtualna przymierzalnia". Mam świadomość, że jednak nie ma to jak zobaczenie się "na żywo" w danych okularach, jednak muszę powiedzieć, że mimo wszystko jest to bardzo pomocne narzędzie. Więcej szczegółów odnośnie wirtualnej przymierzalni znajdziecie na stronie Firmoo.com



Moje okularki przyleciały do mnie w tempie dość zawrotnym- niecały tydzień :) Oprawki znajdowały się w solidnym futerale owinięte dodatkowo ściereczką. Do zestawu dołączone jest praktyczne etui, mały śrubokręt, zapasowe śrubki i noski. Moim zdaniem- bardzo profesjonalne podejście do klienta.


Co z kosztami. Powiem tak, jak za oprawki i szkiełka dobrej jakości nie wyszłoby tak źle. Często w salonach nie znajdziemy ładnych oprawek poniżej 400 zł...przynajmniej Panie zajmujące się doradzaniem takie mi zawsze proponowały :/ Kolejnym ukłonem w stronę klienta jest program promocyjny dla nowych klientów- Firmoo & First Pair Free program . Za pierwszą parę nie płacicie nic- jedynie pokrywacie koszty przesyłki...12 $ co jak za nową parę okularów jest kwotą komiczną ;) Jeśli kwota do zapłaty wynosi 55$ przesyłka jest bezpłatna.


Na zakończenie muszę jeszcze wspomnieć o moich obawach, otóż jako posiadaczka wady wzroku wybrałam szkła dostosowane do moich potrzeb...nie ukrywam, że bałam się iż będą do niczego. Bałam się, że szkła będą np. złej jakości, badziewnie wykonane, może ktoś pomyli osie albo moce szkieł będą złe? - generalnie obawiałam się, że nie będę w stanie w nich chodzić bo np. będzie mnie od nich bolała głowa itp. (jeśli mieliście kiedyś źle zrobione okulary wiecie o co chodzi). Na całe szczęście moje obawy okazały się bezpodstawne! Nowe okularki są genialne! Pełen komfort chodzenia.
Szczerze polecam!

Jeśli któraś z Was ma ochotę podjąć współpracę z Firmoo.com zachęcam do zapoznania się z poniższym linkiem :) firmoo-business-cooperation

A teraz bonus, otóż dla 5 pierwszych osób marka Firmoo.com przygotowała bonus w wysokości 30$ na okulary z serii klasycznej: Classic series Eyeglasses
Przy podsumowaniu koszyka wystarczy wpisać kod: KOSMETYBLOGS4

O kosmetykach firmy DLA słów kilka

O kosmetykach firmy DLA usłyszałam czy też przeczytałam pierwszy raz jakoś z rok temu. Z tego co pamiętam hitem okazał się wówczas ich krem na noc z serii "Niszcz pryszcz", który pomógł wielu dziewczynom pozbyć się niechcianych przyjaciół. Przyznam, że miałam ochotę go wtedy kupić jednak stwierdziłam, że muszę dokończyć to co mam zaczęte. Traf chciał, że w tym sezonie firma uśmiechnęła się w moją stronę, za co serdecznie dziękuję. Z racji, że znowu napoczęłam kwasy stwierdziłam, że skuszę się co prawda na krem z serii "Niszcz pryszcz" jednak w wersji na dzień.


Po wstępnych, typowo organoleptycznych oględzinach stwierdzam, że jest to produkt bardzo przyjemny, jednak na pełną recenzję będziecie musiały jeszcze troszkę poczekać. Na dzień dzisiejszy zachęcam Was do zapoznania się ze stroną sklepu. Szczególnie polecam artykuł na temat peelingowania twarzy :) Wiem, że są różne "szkoły", jedni twierdzą, że peeling należy robić faktycznie min. raz w tygodniu...inni odradzają zbyt częste zabiegi tego typu- np. moja Pani kosmetyczka (kosmetolog). 

Życzę Wam miłej lektury :)
Trzymajcie się ciepło- w ten strasznie wietrzny dzień, lecę przygotować sobie ciepłą herbatkę i biorę się za pisanie...oj mam dużo zaległości :)

Znacie kosmetyki DLA? Jakie są Wasze typy?

Pozdrawiam A.

Mój zielnik: kurkuma; Ostryż długi

Curcuma longa L.. kurkuma, szafran indyjski a fachowo ostryż długi, jest rośliną stosowaną w medycynie naturalnej od stuleci. Ostryż długi potocznie nazywany jest kurkumą i zaliczany jest do rodziny imbirowatych. Obecnie kurkuma stała się bardzo powszechną i często stosowaną przyprawą, wchodzi w skład wielu mieszanek między innymi curry. Kurkuma nadaje potrawom charakterystyczny kolor oraz aromat. 
Z medycznego/farmaceutycznego punktu widzenia, substancją leczniczą jest kłącze kurkumy, które zawiera w swym składzie wiele związków, wśród których prym wiodą tzw. kurkuminoidy. Najbardziej znanym i cenionym przedstawicielem owej grupy związków jest kurkumina.



Z farmakologicznego punktu widzenia, kurkumina jest związkiem bardzo ciekawym i obiecującym, gdyż wykazuje dość szerokie spektrum działania. Najczęściej wymieniane właściwości kurkuminy to działanie przeciwnowotworowe, przeciwzapalne oraz antyoksydacyjne.  Główny problem wykorzystania kurkumy w medycynie wynika z jej bardzo słabej biodostępności. Jako, że jest to związek o charakterze hydrofobowym, słabo wchłania się z przewodu pokarmowego po podaniu doustnym. Jak podaje literatura, stężenie kurkuminy w surowicy krwi po podaniu p.o jest znikome, stąd też jej działanie ogranicza się głownie do działania miejscowego. Mimo słabej biodostępności, kurkumina posiada ogromną zaletę jaką jest mała toksyczność. Badania pokazują, że stosowana regularnie, w małych dawkach (ok. 1,5 g surowego ekstraktu), przez dłuższy okres czasu wywiera korzystny wpływ jeśli chodzi o prewencję chorób nowotworowych, zwłaszcza w obrębie przewodu pokarmowego. Niektórzy autorzy to własnie w ostryżu dopatrują się sekretu długowieczności ludzi zamieszkujących Indie.

Jedną z pierwszych zauważonych i docenionych cech kurkuminy było jej działanie przeciwzapalne, które było wykorzystywane wielki temu w medycynie Dalekiego Wschodu. Kurkumina uniemożliwia pełną aktywację czynnika transkrypcyjnego, przez co pośrednio obniża produkcje wielu białek, które wywołują w naszym organizmie stan zapalny (tzw. mediatory stanu zapalnego- m.in. cyklooksygenaza-2 czy iNOS). Dla ciekawskich dodam, że cyklooksygenaza-2 (COX-2) bierze udział w powstawaniu związków, które z kolei wywołują gorączkę czy uczucie bólu. Jak zatem ma się to do praktyki? Otóż od dawna wiadomo, że kurkumina znacząco wpływa na przyspieszenie procesu gojenia się ran, stanów zapalnych czy nawet regenerację naskórka.

Kolejna cechą kurkuminy jest jej działanie antyoksydacyjne, czyli niwelujące wolne rodniki. Mało kto ma świadomość, że w naszym organizmie około 5% tlenu przekształcane jest w wolne rodniki tlenowe. Wolne rodniki posiadają w swej budowie niesparowany elektron, jako, że taki stan nie jest dla nich "dogodny" pragną z całych sił brakujący elektron pozyskać. Skąd? Ze zdrowych komórek. Nasz organizm posiada co prawda naturalne mechanizmy obronne, które czasem okazują się jednak niewystarczające. Udowodniono bowiem, że stres oksydacyjny jest przyczyną wielu poważnych chorób jak np. choroba Alzhaimera, niedotlenieniu, nowotworach. Nie mogę również przeoczyć wątku kosmetycznego, otóż nie od dziś wiadomo, że wolne rodniki przyczyniają się w ogromnym stopniu do pogorszenia stanu skóry. Jak podaje literatura, kurkumina ma nie tylko zdolność neutralizacji wolnych rodników ale również wpływa na zwiększenie syntezy glutationu- związku, który również ma działanie antyoksydacyjne (czasem nazywany jest strażnikiem zdrowego organizmu; glutation ochrania również grupy -SH a jak wiemy aminokwasy siarkowe są szczególnie istotnym budulcem włosów, skóry czy paznokci).

Ostatnią cechą kurkuminy, o której chciałabym dziś wspomnieć jest jej działanie przeciwnowotworowe. Myślę jednak, że jest to temat tak obszerny, że nie będę się nad nim rozwodziła, wspomnę jedynie, że działanie to zostało potwierdzone w badaniach in vitro oraz na myszach.

Silne działanie antyoksydacyjne przekłada się również na wykorzystanie kurkumy w kosmetyce, gdzie będzie stanowiła idealne narzędzie w walce ze zmarszczkami, starzeniem skóry i neutralizacją wolnych rodników atakujących naszą skórę. Hindusi przygotowują z niej maseczki mające działać odmładzająco, przeciwzmarszczkowo, detoksykacyjnie oraz wpływać na wyrównanie kolorytu cery. Jako, że kurkumina działa silnie przeciwzapalnie, ekstrakty z kurkumy wykorzystywane są czasem w kosmetykach stosowanych w problemach z trądzikiem czy łuszczycą. Na kurkumie oparty jest np. krem marki Femi, o którym pisałam jakiś czas temu :) Jeśli macie ochotę zapraszam do poczytania <TU>


Curcuma longa, jest niewątpliwie rośliną szczególną i wartą zainteresowania. Można po nią śmiało sięgnąć w przypadku zaburzeń związanych z przewodem pokarmowym, np. uczuciem pełności czy wzdęciami. Kurkuma stosowana jest również w przypadku problemów z prawidłowym wydzielaniem żółci, kamicą żółciową czy w problemach trawiennych na tle niewystarczającej podaży żółci. 

Produkty, których NIE kupię ponownie

Bardzo lubię czytać o tzw. ulubieńcach, czy to miesiąca czy roku. Sama wiem, że takowe posty pojawiają się u mnie dość sporadycznie. Powód jest prosty, jeśli jakiś produkt faktycznie mi się spodoba to używam go namiętnie i raczej nie zmieniam. Częściej niż ulubieńców natrafiam na różne buble i bubliki. Dziś chcę Wam przedstawić krótką listę bubli, na które ostatnio natrafiłam. Na początku zaznaczę, że to iż dany produkt mnie nie odpowiadał nie oznacza, że dla Was również będzie nieodpowiedni.


  1. Płyn 2-fazowy firmy Flos-Lek
    Po pierwszym zastosowaniu doznałam szoku i w sumie nie wiedziałam co się dzieje. Po przyłożeniu płatka do oka poczułam nieprzyjemne uczucie, które po chwili zmieniło się w niewyobrażalne pieczenie! Ze świadomością, że mam na oczach tusz wodoodporny, którego nie usunę micelkiem z Eveline, przytrzymałam płatek jeszcze przez chwilę...aż nie wytrzymałam. Oczy paliły mnie wręcz niewyobrażanie. Gdy tylko tusz troszkę puścił wkroczyłam z płukaniem oczu wodą...dużą ilością wody. Płukałam, płukałam...a oczy piekły i piekły. Pojawiło się zamglenie, czerwone spojówki...masakra, wyglądałam jak królik. Nigdy w życiu żaden płyn nie wywołał u mnie takiego podrażnienia oczu. Myślałam, że płyn wypali mi oczy!
  2. Płyn micelarny z arniką do cery naczynkowej Flos-Lek
    Kolejna Flos-Lek'owa porażka. Chęci miałam naprawdę dobre jednak mimo wszystko nie mogę się do niego przekonać. Mojej mamie odpowiada a mnie szczypie i delikatnie piecze w oczy. Czy zmywa? W porównaniu do np. płynu micelarnego firmy Dermedic (który genialnie się u mnie sprawdza) Flos-Lek wypada dość blado.
  3. Tusz do rzęs Eveline, Big Volume Lashes
    Dla wyjaśnienia, jest to tusz z "dziwna szczoteczką" ;) Nie wiem jak Wy, ale ja bardzo długo uczyłam się obsługi tej maskary...i na dzień dzisiejszy chyba nie doszłam jeszcze do wprawy absolutnej. Tusz nie robi z moimi rzęsami kompletnie nic. Nie podkręca, nie wydłuża, skleja rzęsy- ogólnie ciężko się z nią pracuje. Na dodatek maskara osypuje się błyskawicznie, co zupełnie ja eliminuje.
  4. Cień MAC, Vanilla
    Rozczarowanie, do którego aż wstyd się przyznać...Niestety, ale cień jak na mój gust jest całkowitym niewypałem. Po pierwsze, kosztował majątek (50 zł); po drugie- kolor, który nijak ma się do słynnego pigmentu...tak, tak wiem. Moja wina. Nie sprawdziłam przed zakupem ale przyznam Wam, że sądziłam (ja głupia) iż cień i pigment o takiej samej nazwie będą identyczne. Otóż nie, cień Vanilla to zwykły "cielaczek", nic nadzwyczajnego. Dodatkowo irytuje mnie jego strasznie zbita, twarda konsystencja, przez co fatalnie aplikuje się na pędzelek. Ostatnio zaczęłam "zdrapywać" nieco cienia, nabieram na pędzelek, aplikuję i dopiero wtedy widać go na oku. Nie wiem czy tylko mój egzemplarz tak ma, jednak strasznie mnie to irytuje!
  5. Antyperspirant Rexona, long lasting protection
    Jestem totalnie zawiedziona! Moim zdaniem produkt nie powinien nazywać się antyperspirant a śmierdziel- dezodorant. Produkt zupełnie na mnie nie działa, podczas pryskania "pyli" okropnie, zapach jest duszący, drapiący i bardzo ciężki do określenia- dla mnie chyba w ogóle nie pachnie. Dodatkowo zauważyłam, że brudzi ubrania- szczególnie białe na żółto.
  6. Lakiery do paznokci Sephora
    Jest to mój najnowszy zakup....najnowszy i nietrafiony. Przyznam, że skusiła mnie promocja 3 w cenie 2, szukałam lakieru w kolorze ciemnego wina/bordo i takowy znalazłam w Sephorze. Dobrałam do niego 2 kolejne odcienie, wróciłam do domu i oniemiałam. Jak za takie pieniądze można wypuszczać taki szajs? Lakiery są geste, ciężkie w aplikacji, pędzelek niby szeroki jednak źle umocowany w nakrętce co przeszkadza w malowaniu. Po pierwsze warstwie lakier zostawia paskudne smugi, kolejna warstwa w większości załatwia sprawę...jednak nie zawsze. Dopełnieniem wszystkiego co słabe jest strasznie długi czas wysychania oraz cena 19 zł za 5 ml. :/ Nigdy więcej się nie skuszę.
  7. Maska do włosów Biovax proteiny mleka
    Mimo wielu pozytywnych opinii mnie kompletnie nie podeszła. Po pierwsze miałam wrażenie, że cała maska wchłania się w ręcznik, wiec bez "termokapu" ani rusz. Najczęściej trzymałam maskę około 30 minut, mimo to Biovax nie sprostał pokładanym w nim oczekiwań.  Włosy były co prawda łatwe do rozczesania jednak na tym plusy się kończą. Mam wrażenie, że maska nie robi z nimi kompletnie nic. Są sianowate, końce są suche, trudne w układaniu, sterczą na wszystkie strony świata. Zmniejszenia wypadania nie zauważyłam, Jedynym plusem jest piękny, mleczny, subtelny zapach :) W porównaniu z maską Pilowax, o której pisałam TU, Biovax proteiny mleka to cienkusz, na którego szkoda mi pieniędzy.

To by było na tyle. Jak wygląda Wasza "lista niewypałów", przed czym ostrzegacie?

Kontynuacja przygody z Lavendic.pl; SO' BIO, Kremowy szampon regenerujący z olejkiem arganowym do włosów zniszczonych.

Jeszcze około 1-1,5 miesiąca temu do naturalnych (bez SLS czy silikonów) szamponów miałam raczej chłodne podejście. Czemu? Po pierwsze nieudana przygoda z BingoSpa później wtopa z malinowym szamponem firmy Balea, o którym będzie następnym razem. Jeśli ktoś wcześniej powiedziałby mi, że szampon faktycznie może zrobić z moich włosów miotłę- nie uwierzyłabym...a jednak. Szczotka, suszarka malina z firmy Balea i maska proteiny mleka z Biovax'u okazały się dla moich włosów zabójcze- otóż nie sądziłam, że włosy mogą się...wykruszyć. Propozycja sklepu Lavendic.pl spadła mi dosłownie z nieba, od razu zdecydowałam się na szampon firmy SO' BIO; Kremowy szampon regenerujący z olejkiem arganowym do włosów zniszczonych.

Szampon zamknięty jest w nietypowej aczkolwiek bardzo praktycznej, kwadratowej buteleczce, która zaopatrzona jest w solidny i wygodny klips zamykający- nawet z mokrymi rękami nie będziecie miały problemów z otwarciem czy zamknięciem szamponu. Szata graficzna jak i kolorystyka opakowania napawają mnie optymizmem i radością, ładna, delikatna zieleń w połączeniu z lekko "matową" w dotyku powierzchnią tworzy zgraną całość. Szampon jest moim zdaniem dobrze opisany a skład nie został zaklejony, co dla mnie jest dość istotne. Jak wskazuje nazwa "kremowy szampon regenerujący z olejkiem arganowym do włosów zniszczonych", rzeczywiście ma bardzo milą, aksamitną i kremową konsystencję, która strasznie przypadła mi do gustu. Zapach jest specyficzny, jednak nie mogę powiedzieć, że mi przeszkadza. Szampon nie jest przesadnie naperfumowany a jego aromat wynika z naturalnego składu- zawartości olejku arganowego, masła Shea a przede wszystkim wody kwiatowej (rumian rzymski). Kremowy szampon regenerujący So' Bio bardzo dobrze czyści włosy, co jest ważnym aspektem gdy stosuje się pianki, lakiery i inne produkty do stylizacji włosów. Dodatkowo muszę przyznać, że produkt dobrze się pieni, dzięki czemu jest bardzo wydajny, stosuje go około 3 tygodni (przy myciu włosów co drugi dzień) i myślę, że wystarczy mi jeszcze na pewnie czas.


Jak każda posiadaczka cienkich włosów bałam się obciążenia i wzmożonego przetłuszczania, jednak nic takiego nie miało miejsca. Szampon owszem wygładza włosy, jednak ich nie obciąża. Dodatkowo sprawił, że moje niestety przesuszone modelowaniem końce, mniej się puszą i nie sterczą we wszystkie strony świata. Z czystym sumieniem mogę napisać, że po około 3 tygodniach regularnego stosowania zauważyłam sporą różnicę w ogólnej kondycji, nawilżeniu oraz odżywieniu moich włosów.


Warto zwrócić uwagę na fakt, iż jest to produkt posiadający certyfikat EcoCert, dzięki czemu mamy pewność, że zawarte w nim składniki pochodzą z certyfikowanych, sprawdzonych upraw ekologicznych. Dzięki temu wiemy iż wydając 24 zł płacimy za kosmetyk ekologiczny o najwyższej i sprawdzonej jakości a nie za puste hasła reklamowe. Produkt marki So' Bio przekonał mnie do siebie w 100%, dziś widzę, że faktycznie warto było się przekonać i poszerzyć swoje "kosmetyczne horyzonty". Po nieudanej przygodzie z szamponem bez SLS/SLES z BingoSpa oraz produktem bez silikonów firmy Balea ( o którym wkrótce), muszę przyznać, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczona! Moje włosy zdecydowanie odżyły, zyskały ładnego i zdrowego blasku. Szczerze- serdecznie polecam.
Szampon możecie zamówić na stronie Lavendic.pl

Makijaż do pracy...nie tylko brązy

Makijaż do pracy zawsze kojarzył mi się z brązami. W sumie sama nie wiem czemu. Zawsze gdy umaluję się w jakiś innych kolorach mam wrażenie, że wszyscy się na mnie gapią. Prawda jest taka, że jeśli nie przesadzimy to wszystko jest kwestią "opatrzenia się". Jeśli zazwyczaj nie malujemy ust na czerwono to każda ciemniejsza szminka zwróci w lustrze naszą uwagę. Jako, że dziś mam na popołudnie postanowiłam pobawić się z eyelinerem, którego obsługa zajmuje mi strasznie dużo czasu. Kreska bez szaleństwa,  cielisty cień bazowy, załamanie podkreślone matowym, szarym cieniem- w moim przypadku Glazel oraz matowym szaro-cielistym Inglotem, który jest tak stary, że zeszły z niego wszystkie napisy. Maskara MaxFactor Masterpice, róż The Balm Downboy...i tyle ;)

Kreska bez szaleństwa, gdyż moja budowa oka nie pozwala mi na bujne jaskółki. Na cała powiekę nałożyłam cielisty cień bazowy, załamanie podkreślone matowym, szarym cieniem- w moim przypadku Glazel oraz matowym szaro-cielistym Inglotem, który jest tak stary, że zeszły z niego wszystkie napisy. Maskara MaxFactor Masterpice, róż The Balm Downboy...i tyle ;) 

Później stwierdziłam, że może nieco koloru nie zaszkodzi i pomalowałam usta pomadką, o której ostatnio pisałam <TU>...traf chciał, że zmieniło się światło, co widać na zdjęciach. Wstawianie twarzy w okno i zapalenie górnego światła nie przyniosło dobrych efektów- białe ściany wydają się żółte a twarz jest nieco przepalona. Cóż, chyba czas pomyśleć o lampie pierścieniowej. A może doradzicie w jaki sposób ładnie sfotografować makijaż?


Buziaki A.

O niemiłym zaskoczeniu z lakierami Sephora w tle

Lakierów Sephory nigdy nie miałam, w sumie nawet jakoś szczególnie się nad nimi nie zastanawiałam. Wydawały mi się za drogie w stosunku do ich pojemności- 19 zł za 5 ml- moim zdaniem drogo. Traf chciał, że jakiś czas temu w Sephorze była promocja 3 w cenie 2 przyznam, że początkowo podeszłam do tematu chłodno. Nie miałam specjalnej ochoty na wydawanie pieniędzy...dopóki nie zobaczyłam lakieru do paznokci w kolorze, którego od dawna szukałam. Dobrałam sobie do niego dwa kolejne kolorki i tak to stałam się szczęśliwą...albo i nie, posiadaczką 3 lakierów Sephory. Dziś chcę Wam pokazać lakier w kolorze (?) "L12- welcome to my loft".

W buteleczce jest to uroczy odcień brązu typu cappuccino ze złotymi, bardzo drobnymi drobinkami ;) Kolor wydał mi się idealny na co dzień, wyraźny lecz nie nachalny- idealny do pracy. Schody zaczęły się gdy zobaczyłam pędzelek- szeroki. Mnie osobiście takie nie odpowiadają ale pomyślałam- damy radę...Kolejna pomyłka. Konsystencja nowo otwartego (oczywiście w domu) lakieru bardzo negatywnie mnie zaskoczyła. Jak na nowy egzemplarz jest bardzo gesty, dla mnie zdecydowanie za gęsty. Połączenie mało ciekawej konsystencji, grubego pędzelka i kształtu mojej płytki nie daje dobrych efektów. Mimo ogromnych starań i tak nie potrafię ładnie, równomiernie pokryć lakierem paznokci. Za każdym razem wyjeżdżam na skórki. 

Lakier schnie długo, głównie z tego względu, że nakłada się go dość dużo. Nie dajcie się również zwieść pozornie suchym paznokciom, szczególnie po dwóch warstwach...zdradziecki lakier i tak się odbije :/ Nie wiem jak u Was, ale dla mnie lakiery Sephory, mimo iż w pięknych kolorach, są małą porażką.

Co sądzicie o lakierach Sephory? Czy u Was również spisują się tak średnio?

O pomadce, która jest dla mnie zaskoczeniem roku 2013

Blogowanie i spotkania blogerek mają taką zaletę, że czasem można wypróbować różne kosmetyki...również takie, po które same byśmy nigdy w życiu nie sięgnęły. Dziś muszę powiedzieć, że jestem bajecznie szczęśliwa, że pojechałam do Kazimierza Dolnego, gdyż miałam możliwość poszerzyć moje kosmetyczne horyzonty.
Przyznam, że o istnieniu marki kosmetycznej Trend/Softer nie miałam bladego pojęcia...więcej, nawet gdybym miała świadomość, że taka firma istnieje raczej nie sięgnęłabym po ich kosmetyki. Czemu? Nie ma się co oszukiwać, design opakowań woła o pomstę do nieba. Opakowania kosmetyków zdecydowanie nie zachęcają do zakupu. Jak na moje oko wyglądają zwyczajnie tandetnie, jak taniusie, niekoniecznie pierwszej świeżości mazidełka dla gimbazy. Spośród całej masy różnych produktów udało mi się dorwać pomadkę. Pomadkę, która wywróciła mój światopogląd o 180 stopni!

Po pierwsze, wspaniale nawilżająca formuła! Nie mam tu na myśli jedynie braku podkreślania suchych skórek czy czasowego uczucia "wilgotnych" ust. Pomadka faktycznie pielęgnuje i nawilża usta, stosuję ją non stop od ładnych kilku dni i ku mojemu zdziwieniu nie mam problemu ze skórkami. Kolejnym pozytywnym aspektem stosowania pomadki jest piękny kolor. Połączenie czerwieni i fuksji- wszystko stonowane i delikatnie transparentne. Pomadka aplikuje się fantastycznie, jest plastyczna oraz miękka, daje bardzo ładne, wilgotne wykończenie. Trwałość nie jest niestety zawrotna, jednak takie są uroki nawilżających i bardzo "mokrych" pomadek. Plusem jest sposób w jaki znika z ust- stopniowo i subtelnie. Cena jest również zachęcającą- około 9 zł za bardzo dobry produkt.


Czego chcieć więcej...może bardziej eleganckiej szaty graficznej.
Polecam serdecznie, 9 zł nie pieniądz a może okazać się, że zauroczy Was tak jak i mnie!

O kilku produktach aptecznych, w które warto zainwestować

Ostatnio doszłam do wniosku, że mój blog staje się monotonny...czemu? sama nie wiem- bo przecież mam Wam tyle do przekazania! Odkąd spędzam praktycznie całe dnie w aptece nauczyłam się bardzo wielu ciekawych rzeczy- również kosmetycznych. Pochwalę się- jestem szczęściarą! Mam fantastyczną "nauczycielkę", dziewczyna, która cechuje się niesamowitą empatią- jeśli na nią traficie nie wciśnie Wam "szitu" a faktycznie doradzi nie zwracając uwagi na "tendencję sprzedaży". Dziś chciałabym podzielić się z Wami "listą" kilku produktów na które FAKTYCZNIE warto wydać pieniądze.


1. Innevo Densilogy
Jeśli macie ochotę na kurację z Inneov Densilogy  musicie nastawić się na wydatek rzędu około 230 zł. Zanim złapiecie się za głowy chcę abyście miały świadomość, że płacicie za pełną, 3 miesięczną kurację, która faktycznie daje efekty. Jeśli podzielimy cenę na 3 wyjdzie około 77 zł natomiast cena kuracji miesięcznej kosztuje około 110 zł...wnioski- jeden miesiąc gratis! Faktycznie warto. Ze swojej strony powiem, że Panie są zachwycone efektami- ciekawostka: często spotykam się z określeniem "swędzenia skóry głowy" jednak jest to efekt pobudzenia nowych włosów do wzrostu :) W całej terapii ważna jest oczywiście systematyczność.

2. Preparaty na włosy i paznokcie: Ha- Pantoten, Merz Special, Vitapil
Wszystkie preparaty są po pierwsze, dobre jakościowo, zawierają odpowiednio skomponowany zestaw witamin, makro-i mikroelementów. Mało kto zdaje sobie sprawę, że niektóre pierwiastki ograniczają wchłanianie innych, dlatego tak ważne jest żeby wybierać produkty, których skład zapewnia optymalne przyswajanie wszystkich składników. Ha-Pantoten jest preparatem polecanym nawet przez lekarzy dermatologów.

3. Szampony do włosów: Pharmaceris, Phyto, Klorane
Oczywiście odpowiednio dobrane wspaniale dbają o potrzeby naszych włosów jak i skóry głowy. Osobiście stosowałam Pharmaceris H-kerenium i jestem z niego bardzo zadowolona.

4. Produkty marki Nuxe
Jeśli jesteście fankami kosmetyków opartych na naturalnych olejkach czy ekstraktach roślinnych, kosmetyki marki Nuxe będą dla Was idealne. Nuxe stawia na innowacyjne połączenie świata roślinnego z odpowiednio dobranym...podłożem. Tak Kochane, mało kto zdaje sobie sprawę, że podłoże ma ogromny wpływ na przenikanie substancji czynnych zawartych w kremie przez warstwę rogową naskórka do "wnętrza" skóry. Otóż duże cząsteczki jak np. kwas hialuronowy czy właśnie związki zawarte w ekstraktach roślinnych mają problemy z przedostaniem się przez barierę jaką jest warstwa rogowa. Dla zainteresowanych dodam, że weszły nowe zestawy świąteczne, w których znajdziecie 2 pełnowymiarowe kremy oraz miniaturkę słynnego olejku :)

5. Dermokosmetyki Uriage
Uriage jest jedną z moich trzech ulubionych marek dermokosmetycznych. Czemu akurat Uriage? Brak ściemy. Dermokosmetyki Uriage zawierają stosunkowo ( w porównaniu z innymi, znanymi markami) duże ilości składników czynnych, które faktycznie przynoszą oczekiwane rezultaty. Panie, które odważą się na przełamanie pewnych stereotypów są zachwycone. Cena jest adekwatna do jakości i wydajności produktów. Uriage to również szeroka gama kosmetyków, każdy znajdzie produkt dopasowany do aktualnych potrzeb. Hitem jest maseczka oczyszczającą, seria dla cery dojrzałej Isodense oraz seria  nawilżająca Aquaprecis

Pozdrawiam i czekam na Wasze opinie- jakie produkty apteczne polecacie ?
Buziaki A.

Spotkanie blogerek w Kazimierzu Dolnym

Wolne, wolne i po wolnym. Długi weekend minął mi wyjątkowo szybko a to za zasługą spotkania, które odbyło się w sobotę 09.11.13 r w Kazimierzu Dolnym. Sprawczynią całego zajścia była Marzena, którą znacie z bloga: <TU>. Marzena stanęła na wysokości zadania, powiem więcej cała organizacja zasługuje na duże brawa! Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Spotkanie rozpoczęło się o 13 w restauracji "U fryzjera", która okazała się bardzo klimatycznym miejscem. Lokal muszę również pochwalić za pyszne dania obiadowe, punktualność oraz zapewnienie nam komfortu i "intymności spotkania" :)
W spotkaniu uczestniczyło 15 przemiłych dziewczyn :)


Podczas spotkania czas umiliła nam Pani Martyna, która zaprezentowała nam kosmetyki marki Trend, o których istnieniu nie miałam wcześniej pojęcia. Mnie osobiście prezentacja bardzo się podobała. Był czas na wymianę doświadczeń, dokładne obejrzenie oferowanych produktów dzięki czemu razem z Agnieszką odkryłyśmy urok pomadek firmy Trend. Kolejną niespodzianką okazała się wizyta Pani Dagny Wach, która reprezentuje firmę Soraya. Pani Dagna jak zawsze rzeczowo przedstawiła nowości linii So Pretty oraz "hialuronowy zastrzyk". Ze spotkania wróciłyśmy bogatsze o nowe doświadczenia oraz upominki, które chyba każdej z nasz przypadły do gustu. Ze swojej strony pragnę oczywiście podziękować wszystkim firmom, które zdecydowały się umilić nam to spotkanie.

Lista sponsorów:

2. Oryginal Source http://www.originalsource.pl/
3. CeCe of Sweden  http://cece.pl/
7. Etno Bazar http://www.etnobazar.pl/
9. Eveline http://eveline.pl/
11. Avetpharma http://www.avetpharma.pl/
16. Cosmetic Service http://www.cosmeticservice.pl/
18. Verona http://www.vpp.pl/
20. Tołpa http://tolpa.pl/

Jeszcze raz dziękuję wszystkim za tak miłe spotkanie i do następnego :)

O pięknym cieniu do powiek, Inglot nr.397

O tym, że mam sentyment do produktów Inglota nie muszę chyba nikomu mówić, gdyż widać to jak na dłoni. Lubię ich cienie do powiek, lakiery (za gamę kolorystyczną) czy róże do policzków. Ostatnio przeglądając filmiki Agnieszki ze stanów, trafiłam na filmik na temat cieni Inglota, które aga ma w swojej kolekcji. Kilka numerków spisałam i korzystając z wizyty w moim rodzinnym mieście odwiedziłam stoisko Inglota. Po długich przemyśleniach postanowiłam, że nie będę szaleć i skuszę się jedynie na cień w numerku 397, który Aga porównywała do Naked Lunch MACa. 

Przyznam szczerze, że Naked Lunch nie posiadam, więc jest mi bardzo ciężko jednoznacznie stwierdzić czy faktycznie jest to duplikat MACa. W sumie nieważne- kolor jest jak dla mnie wręcz bajeczny! Inglot 397 ma wykończenie perłowe, co początkowo troszkę mi nie pasowało, gdyż ja perełek nie lubię i raczej staram się je omijać szerokim łukiem. Pomyślałam jednak, że może spróbuję...w sumie jedna perła w całej kolekcji nie zaszkodzi. Dziś wiem, że była to dobra decyzja! Cień kosztował mnie 20 zł i myślę, że były to bardzo dobrze wydane pieniądze.


Cień nr. 397 jest połączeniem perły z delikatnym i subtelnym kolorem cielistym/ łososiowym/ brzoskwiniowym. Efekt jest bardzo delikatny, nie ma tu mowy o tandetnej, strasznie błyszczącej tafli, której osobiście boję się w przypadku cieni perłowych. Moim zdaniem cień jest dobrze napigmentowany, nie osypuje się, łatwo się z nim pracuje a na mojej bazie z Lumene wytrzymuje naprawdę długo. Muszę Wam powiedzieć, że używam go wręcz obsesyjnie, cały czas, non stop. Wieje nudą, jednak cień jest bardzo wszechstronny. Używam go zarówno na całą powiekę jak i pod łuk brwiowy czy jedynie w kąciku. Inglot o numerku 397 pięknie rozświetla oraz ożywia oko. Nie jest nachalny, świetnie sprawdza się w makijażu dziennym jak i wieczorowym. Wszystko tak naprawdę zależy od naszej kreatywności.


Cień Inglot 397 oczywiście serdecznie polecam. Dziewczyny, znacie jakieś inne odpowiedniki cieni MACa? Chętnie przyjrzę się im z bliska :)

Pozdrawiam A.

O wielofunkcyjnej soli do kąpieli Dr. Nona

O soli właściwościach olejków eterycznych zawartych w soli do kąpieli firmy Dr. Nona mogłyście poczytać już dość dawno temu, aczkolwiek jeśli macie ochotę podrzucam Wam link <TU> oraz na stronie internetowej Dr.Nona.com. Ja zdecydowałam się na wersję z olejkiem eukaliptusowym, tymiankowym oraz rozmarynowym...który jest moim ulubieńcem :)


Sól znajduje się w praktycznej oraz estetycznej, plastikowej, wyprofilowanej buteleczce. Na plus zaliczę idealny otwór, przez który dozujemy odpowiednią ilość produktu. Sól ma piękny, ziołowy zapach- co ważne jest on bardzo naturalny! Mamy pewność, że pochodzi od dodanego do soli, naturalnego olejku eukaliptusowego i rozmarynowego.


Sól Dr. Nona ma różnorodne zastosowanie. Długo zastanawiałam się czy rozpisywać się i opisywać każdy sposób w jaki możemy sol wykorzystać i doszłam do wniosku, że skupię się jedynie na tych aspektach, które sama wypróbowałam. Więcej i dokładniej możecie poczytać <TU>, od siebie dodam, że przy każdym zamówieniu otrzymacie książeczkę/broszurkę z dokładnym opisem rożnych mieszanek/sposobów wykorzystania soli.


Jak stosowałam sól?

Przede wszystkim do kąpieli- w tym przypadku po umyciu ciała dodajemy sól do czystej, ciepłej wody i w takiej bajecznie pachnącej kąpieli moczymy się około 20 minut. Od siebie dodam, że warto w tym czasie pościć swoja ulubioną muzykę, jeśli lubicie-zapalić ulubione świeczki...i odprężyć się! Jest to kąpiel bardzo odprężająca a jednocześnie kojąca. Efekty stosowania soli odczuła głównie moja mama, gdyż po kilku takich sesjach stwierdziła, że mniej boli ją "krzyż" (dla mnie jest to pojęcie bardzo ogólne gdyż ból pleców może mieć rożną etiologię i w wielu przypadkach obowiązkiem jest wizyta u lekarza).
Kolejnym aspektem są oczywiście inhalacje, które są bardzo przydatne w przypadku infekcji górnych dróg oddechowych. Do miski z ciepłą wodą wrzucamy kilka ziarenek soli i wdychamy :) Olejki działają przeciwbakteryjnie, antyseptycznie, dodatkowo rozszerzają oskrzela, ułatwiają oddychanie i odkrztuszanie zalegającej wydzieliny. Sól Dr.Nona spisała się również w przypadku moczenia stóp...tak wiem, znista ;) jednak uwaga- genialnie zmiękcza zrogowaciały naskórek. Jest to idealne przygotowanie do pedicure. Dzięki zawartości olejków sól działa również antyseptycznie co może być pomocne w przypadku nadmiernej potliwości stóp (zaczyna się okres zimowych kozaków co pretenduje do wzrostu potliwości oraz-niestety- stanów grzybiczych)

Jakie zastosowanie najbardziej przypadło mi do gustu (jako kosmetykoholiczce)
Oczywiście, że w postaci toniku! Czytałam wiele o solach Dr. Nona i patrzyłam na te wszystkie pozytywne opinie z lekkim niedowierzaniem. No bo niby jak sól może działać takie cuda. A no może, do tego robi to celująco! Roztwór soli Dr.Nona (mierzona oczywiście na oko) przygotowywałam ex-tempore, czyli na bieżąco z wody przefiltrowanej dzięki Dafi. Czemu? Brak konserwantów.
Sól Dr.Nona w formie toniku spisuje się genialnie! Idealnie wspomaga gojenie się i redukcję stanów zapalnych. Krostki, rozdrapane czy wyciśnięte syfki goja się o niebo szybciej. Nie kłamię, różnica w moim przypadku była bardzo wydajna! Dodatkowym plusem jest fakt, że kosmetyk jest w 100% naturalny, nie podrażnia a wręcz fajnie napina, dezynfekuje i poprawia stan cery. Jedynym minusem jest, to że trzeba uważać z oczami. Mnie roztwór soli szczypał w oczy więc starałam się zwyczajnie zamykać ;)


Podsumowując, uważam, że jest to kosmetyk genialny w swojej prostocie! Stosowany jako tonik ładnie napina, ujędrnia i nawilża cerę. Sól Dr. Nona idealnie nadaje się do pielęgnacji cery tłustej, mieszanej czy trądzikowej- działa delikatnie a skutecznie. Przyśpiesza gojenie się stanów zapalnych...gdyż olejki i środowisko hipertoniczne działają bakteriobójczo. Polecam serdecznie wszystkim, którzy maja problemy z cerą, stawami, równie gdy doskwiera Wam ból mięśni oraz nadmierna potliwość stóp.

Pozdrawiam
Ania!