ULUBIEŃCY CZERWCA ORAZ LIPCA || TOO FACED, LILY LOLO, BELL, BENEFIT, THE BODY SHOP

8/08/2018

ULUBIEŃCY CZERWCA ORAZ LIPCA || TOO FACED, LILY LOLO, BELL, BENEFIT, THE BODY SHOP

W moim życiu ostatnio bardzo dużo się dzieje, razem z mężem powoli przygotowujemy się na ogromny przewrót, który szykuje się w pierwszej połowie września. Dziecko ponoć wywraca świat do góry nogami, zwłaszcza to pierwsze. Od kilku miesięcy jestem już na zwolnieniu, początkowo sądziłam, że nadrobię wszystkie blogowe zaległości, będę miała czas dla siebie...jednak nic bardziej mylnego. Jeśli śledzicie mnie na Instagramie wiecie, że w naszym domu zamieszkała Roksi, wyjątkowo towarzyski berneńczyk, aktualnie 6 miesięczny, który skupia na sobie uwagę wszystkich. Dzisiaj, zapraszam Was na post o ulubieńcach kosmetycznych minionych miesięcy, nie będzie tego dużo, jednak sądzę, że będą to kosmetyki warte uwagi.


Ulubieńcy w pielęgnacji

W mojej pielęgnacji niewiele ostatnio się zmienia, więc ta część wpisu będzie dość...hmm...nazwijmy to zwięzła. Jakiś czas temu pisałam pełna recenzję kosmetyków Resibo, chcę więc jeszcze raz podtrzymać moje zdanie i pokazać Wam bardzo fajny krem pod oczy. Produkt o przyjemnej konsystencji i wyjątkowo bogatym, naturalnym składzie, który cudownie nawilża, łagodzi i lekko napina skórę wokół oczu. 

Jeśli chodzi o pielęgnację ciała, w upały zrezygnowałam z bardzo tłustych maseł czy olejków i zostałam jedynie przy produkcie z The Body Shop, mianowicie maśle do ciała o zapachu brzoskwiniowym. Odpowiada mi w nim przede wszystkim działanie, konsystencja, to, że nie zostawia na moim ciele lepiącej się warstwy no i piękny zapach, który nie przeszkadza również mojemu mężowi. Masło polecam kupować podczas promocji, gdyż regularna cena jest zabójcza. 

Letnią nowością w mojej pielęgnacji, jest mleczko firmy Lirene, które zawiera mieniące się drobinki. Jest to produkt do stosowania typowo na dzień, gdyż nie wyobrażam sobie natrzeć się takimi drobinami na noc i wpakować się w pościel. Mleczko bardzo szybko się wchłania, wręcz do sucha a zatopione w nim drobinki nadają skórze ładnego blasku. Początkowo sądziłam, że bardzo szybko się go pozbędę, jednak efekt zrobił na mnie wrażenie, nie jest to co prawda olejek z Nuxe, jednak myślę, że w wersji niskobudżetowej śmiało można się na nie skusić. Polecam zwłaszcza jaśniejszym karnacjom, nie wiem czy dla ciemniejszych dziewczyn drobinki i blask, który zostawiają nie będą za mało widoczne.



Ulubieńcy w makijażu

Jeśli chodzi o makijaż, podejrzewam, że tak jak i u Was, był on dość minimalistyczny. Latem ograniczam się do podkładu mineralnego Lily Lolo w odcieniu Warm Peach, ewentualnie jeśli sięgam po płynne konsystencje to są to raczej lekkie formuły typu krem BB lub delikatny podkład, często mieszany z kremem nawilżającym. O podkładzie mineralnym Lily Lolo, pisałam jakiś czas temu pełna recenzję i nie chciałabym się tu zbytnio nad nim rozwodzić. Uważam, że jest to kosmetyk bardzo dobry, zwłaszcza latem a prawidłowa aplikacja zapobiega efektowi pudrowości.




Pozostając w temacie minerałów, chcę zwrócić Waszą uwagę na piękny, wypiekany róż do policzków, również marki Lily Lolo, w odcieniu Tickled Pink. W tym przypadku urzekł mnie kolor, na lekko opalonej buzi wygląda zjawiskowo, jest bardzo lekki, subtelny, różowo-brzoskwiniowy, istnie wakacyjny! Na policzkach daje delikatną poświatę, jednocześnie pięknie rozświetla, jak dla mnie jest to produkt 2w1, róż i rozświetlacz w jednym. Sprawia, że buzia wygląda promiennie a policzki są słodkie i całuśne. Jeśli chodzi o Lily Lolo, przeprosiłam się również z błyszczykiem Whisper, w pięknym, naturalnym odcieniu zgaszonego różu. Produkt na ustach wygląda nieco mlecznie ale ja latem uwielbiam taki mokry, naturalny efekt.


Odkąd złapałam troszkę słońca, nie rozstaję się z bronzerem od Benefit i jest to klasyczna Hoola, której nie trzeba nikomu przedstawiać. Bardzo lubię go używać zwłaszcza latem, gdy jestem już nieco opalona. Zimą czy jesienią wybieram inne produkty, ewentualnie aplikuję go bardzo ostrożnie, gdyż mam jasną karnację i w pospiechu lubię z nim przesadzić, natomiast latem jest to dla mnie kolor niemal idealny. Czemu niemal, otóż jakiś czas temu, poniekąd dzięki Asi, o której w dalszej części wpisu, odkryłam genialne trio do konturowania twarzy. Moje "odkrycie", dla niektórych z Was, będzie pewnie śmieszne, gdyż w końcu zdecydowałam się na równie słynną co Hoola, paletkę z Too Faced Sweet Peach Glow Kit. Muszę przyznać, że jest sztos! Jestem w niej totalnie zakochana i szczerze żałuję, że zdecydowałam się na nią dopiero teraz. Pamiętam, gdy pierwszy raz zobaczyłam ja w perfumerii i pomyślałam sobie, o co tyle szumu, wtedy zupełnie mnie nie zainteresowała. Kolory wydały mi się nie moje, zbyt ciepłe i błyszczące. Dziś wiem, że właśnie o to w niej chodzi! O ten piękny, elegancki blask.  Odcienie, wbrew pozorom i chyba ogólnemu przekonaniu, wcale nie są takie ciepłe, bronzer jest idealny dla jasnej karnacji, zwłaszcza, gdy złapiemy troszkę słońca, umiejętnie nałożony doda młodzieńczości, lekkości i dziewczęcej promienności. Połączenie wszystkich trzech pudrów, nadaje buzi letniego blasku, właśnie tą paletka uzyskamy ten pożądany słoneczny, letni glow!




Oprócz twarzy muśniętej słońcem, mój letni makijaż, tak w skrócie, to przede wszystkim brwi oraz rzęsy. Należę do osób, które gdy złapią troszkę słońca na twarzy...tracą brwi i rzęsy ;) Moje włoski po prostu tak bardzo jaśnieją, że staja się praktycznie niewidoczne. Rozwiązania są dwa, albo henna albo codzienne malowanie, każdy normalny wybrałby hennę a ja, z racji notorycznych zajęć, gości czy wyjazdów do rodzinnego domu, nie mam czasu umówić się do kosmetyczki. Tym sposobem poznałam nową perełkę, jest nią paleta do brwi marki Bell, którą, przyznam się bez bicia, podpatrzyłam u Asi. Moja jest w odcieniu 3. Produkt jest świetny, dwa cienie, jeden ciemniejszy, drugi jaśniejszy oraz dość pokaźnych rozmiarów wosk. Wszystko kompaktowe, w eleganckim opakowaniu z dużym lusterkiem i w cenie 20 zł. Czego chcieć więcej? Cienie są idealnie napigmentowane, miękkie, dobrze się z nimi pracuje dzięki czemu brwi podkreślam w ekspresowym tempie, kolory nie wpadają w ciepłe, rude tony, których u siebie nie lubię. Wosk jest dość tłusty, przez co wystarczy nałożyć go odrobinę aby utrzymać i wygładzić włoski. Gdy już dorobię się brwi, czas na rzęsy, w tym sezonie, z racji ciąży i upałów postawiłam na produkty wodoodporne. Nie wiem czy tylko ja tak mam, ale wręcz płynę, spływa ze mnie wszystko, również tusze, których wcześniej używałam.



Po wielu mniej udanych zakupach, zdecydowałam się na kredkę z Estee Lauder Double Wear Waterproof Eyeliner w odcieniu 02 Espresso. Cóż mogę o niej napisać, jest to produkt wart grzechu, kredka broni się sama, jest po prostu nie do zdarcia. Idealna na górną linię wodną i do zagęszczania rzęs, co najważniejsze, nie odbija się na dolnej linii a właśnie na tym mi zależało i dlatego ją kupiłam. Cudowna, mięciutka formuła, nie podrażnia, początkowo łatwo daje się rozetrzeć, jednak trzeba się śpieszyć, gdyż produkt zastyga. Ostatnim kosmetykiem do makijażu, który wyjątkowo przypadł mi do gustu, jest tusz z Too Faced Better Than Sex Mascara w wersji wodoodpornej. Czytając opinie na jego temat, długo zastanawiałam się nad zakupem, bo nie będę ukrywać, że recenzje ma różne. Z tego co widzę albo się go bardzo lubi albo uważa za totalny bubel. Nie wiem od czego to zależy, może od doświadczenia w makijażu, rodzaju rzęs, budowy oka, ciężko mi powiedzieć. Mnie tusz odpowiada, ładnie podkreśla moje dość krótkie rzęsy, nie zostawia grudek, dobrze podkręca i wydłuża a przy tym nie spływa, zwłaszcza w kącikach zewnętrznych (czasem łzawią mi oczy).


Na koniec muszę podzielić się z Wami moim odkryciem na YouTube, otóż jakoś na początku czerwca odkryłam profil Asi, która jest makijażystką i kosmetologiem. Dawno nikt nie zrobił na mnie tak dobrego wrażenia, wciągnęłam się w jej kanał, dosłownie na maksa. Uwielbiam jej podejście, sposób w jaki się wypowiada a przede wszystkim profesjonalizm i to bojące od Asi ciepło. Polecam, myślę, że również przepadniecie!

Dajcie znać jakie kosmetyki przypadły Wam do gustu, może znacie moich ulubieńców, co o nich sądzicie. Będę też wdzięczna za podesłanie ciekawych profili na youtube czy blogu, może dzięki Wam odkryję kolejną perełkę?


SHINYBOX LIPIEC || SUMMER VIBES

8/02/2018

SHINYBOX LIPIEC || SUMMER VIBES

Kilka dni temu dotarło do mnie lipcowe pudełko ShinyBox zatytułowane Summer Vibes. Nie ukrywam, że już sama nazwa lipcowej edycji wprowadza w dobry nastrój, rozbudza wyobraźnię i zaostrza apetyt na fajne, letnie kosmetyki! Co zawiera box i co o nim sądzę? Zapraszam dalej!

Po pierwsze, w pudełku znalazło się aż 8 pełnowymiarowych produktów i to nie byle jakich marek. Lipcowa edycja stawia pielęgnację na pierwszym miejscu, w pudełeczku bowiem znalazłam aż dwa kremy do twarzy. Fajną, letnia propozycją jest Bishojo krem wodny regenerujący na dzień/noc, z racji dość krótkiej daty ważności, postanowiłam od razu go otworzyć i zacząć używać. Krem robi bardzo dobre pierwsze wrażenie, zwłaszcza w te upały. To co mogę o nim już teraz powiedzieć, to to, że bardzo szybko się wchłania przez co dość dobrze sprawdza mi się pod makijaż. Zobaczymy jak sprawdzi się na dłuższą metę. Kolejny produkt to krem ujędrniający z ekstraktem z imbiru marki Tria. Przyznam, że nie słyszałam wcześniej o tej marce, jednak po dokładnym obejrzeniu opakowania doczytałam, że producentem jest . Produkt oddałam mamie, gdyż sama nie mam takiej "mocy przerobowej", tym bardziej, że i tu data ważności to 10/18 r. Przyznam szczerze, że przy takiej ilości kremów do twarzy w pudełeczku, z takim terminem ważności, październik wydaje mi się datą nierealną i jednej osobie ciężko byłoby zużyć produkty.




Najfajniejszym kosmetykiem lipcowej edycji, przynajmniej dla mnie, jest arganowy krem do rąk i paznokci firmy Stara Mydlarnia, dodam, że osobiście bardzo cenię ich produkty, miałam kiedyś masło do ciała i byłam bardzo, bardzo zadowolona. Produkt już na pierwszy rzut oka zachęca do stosowania a fajna, podręczna tubka zmieści się w każdej torebce. Krem otworzyłam i przepadłam, jest mega natłuszczający, idealny do suchych czy zniszczonych dłoni a mnie własnie czegoś takiego teraz trzeba.






W pudelku oprócz kremów znalazłam również maseczkę do twarzy Biotanique Mask Lift & Ultra Clean. Jest to połączenie maski opartej na śluzie ślimaka, która ma intensywnie liftingować oraz oczyszczającej, którą nakładamy w strefie T. Wszystko oczywiście w dwóch, niezależnych saszetkach. Oprócz pielęgnacji twarzy, zespół ShinyBox zaopatrzył nas również w antyperspirant FA, w moim przypadku, o bajecznym, tropikalnym zapachu Island Vibes Fiji Dream. Mimo, że na co dzień wybieram raczej po szyfty czy kulki, standardowy spray jest czasem miła odmianą, zwłaszcza o tak przyjemnym, wakacyjnym zapachu! Myślę, że będę po niego często sięgać. Jak to często w SinyBoxach bywa, tak i tym razem są produkty wymienne, w lipcu padło na produkty marki Hello Nature, ja niestety, znowu trafiłam maskę do włosów olejek z jagód Acai ochrona koloru i odmłodzenie. Nie powiem, początkowo się ucieszyłam, bo słyszałam o nich wiele dobrego, jednak przeglądając relacje innych dziewczyn, wolałabym masło do ciała. Cóż, może następnym razem ;) Maska natomiast zapowiada się ciekawie, ma ładny zapach a i skład prezentuje się ciekawie.




Dwa ostatnie produkty, które znalazłam w boxie to Collibre Swiss Collagen Drink, który powędrował do mojej mamy oraz Raisin, naklejki wodne na paznokcie, które zostawiłam sobie. Osobiście nie jestem przekonana do takich drinków, tym bardziej będąc w ciąży postanowiłam nie eksperymentować, ale bardzo chętnie poczytam Wasze opinie na ich temat. Co do naklejek, od dawna chciałam sobie jakieś kupić i spróbować jakoś zrobić sobie z nimi paznokcie. Zobaczymy co wyjdzie z tej przygody!

Dajcie znać co sądzicie o lipcowym ShinyBox, przypadł Wam do gustu? Ja uważam, że jest zdecydowanie lepszy niż poprzednia edycja, spójny i przemyślany!



EDYCJA LIMITOWANA L'BIOTICA BIOVAX || JAŚMIN INDYJSKI I MLEKO KOKOSOWE

7/31/2018

EDYCJA LIMITOWANA L'BIOTICA BIOVAX || JAŚMIN INDYJSKI I MLEKO KOKOSOWE

Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam wszelkie edycje limitowane, wręcz nie jestem w stanie przejść obok nich obojętnie. Tak było również w przypadku produktów marki L'biotica, którą znam i od dawna bardzo lubię. Zdecydowałam się na duet przeznaczony do włosów osłabionych i wypadających, który bazuje na jaśminie indyjskim oraz mleku kokosowym. Nie muszę chyba dodatkowo wspominać, że latem łapię fazę na wszystko co kokosowe, więc wybór był prosty!

Czego oczekuję od szamponów | masek?

Przyjęło się mówić, że u kobiet w ciąży włosy rosną jak na drożdżach, otóż od każdej reguły są wyjątki i chyba jestem własnie takim wyjątkiem. O ile nie mogę narzekać na stan mojej cery, tak włosy chyba były i będą u mnie taką przysłowiową "piętą achillesową". Są cienkie, pozbawione objętości, mają tendencję do wypadania, kruszenia się a codzienne używanie suszarki nie wpływa korzystnie na stan nawilżenia końcówek. Wszystko to sprawia, że w codziennej pielęgnacji szukam kosmetyków delikatnych, które nie będą wzmagały przetłuszczania u nasady, fajnie jeśli ograniczają wypadanie, dodają objętości, a w przypadku masek, regenerują i nieco wygładzają końcówki. 

Puste obietnice czy istny skarb?

Seria jaśmin indyjski i mleko kokosowe przeznaczona jest do włosów osłabionych, wypadających i zniszczonych. Szampon micelarny, dzięki swej łagodnej formule, ma za zadanie skutecznie oczyszczać a jednocześnie zapewniać odpowiedni poziom nawilżenia, zarówno włosów jak i skóry głowy. Producent obiecuje poprawę elastyczności, włosy mają być odżywione, świeże i lekkie. Dodatkowo, dzięki zawartym w preparacie proteinom, szampon ma zmniejszać skłonność do wypadania oraz zapewniać naturalny, świeży połysk. Maska jest uzupełnieniem kuracji, jej zadanie to przede wszystkim intensywna regeneracja bez efektu przeciążenia, włosy mają pozostać lśniące, elastyczne i sprężyste. Dodatkowym atutem ma być bajeczny, nieoczywisty zapach.



Serię stosuję już od około miesiąca, nie ukrywam, że szampon już praktycznie wykończyłam, więc myślę, że moja opinia będzie szczera i adekwatna. Zacznę od końca, czyli od zapachu, faktycznie jest niesamowity! Mogę być stronnicza, bo uwielbiam kokos, jednak w tym przypadku, chyba każda z nas polubi tą piękną, subtelną i niezwykle naturalną woń. Zapach sprawia, że stosowanie zarówno szamponu jak i maski jest niebywałą przyjemnością, powiem więcej, zapach rzeczywiście utrzymuje się na włosach dość długo. Szampon pieni się dobrze, oczyszcza faktycznie skutecznie a jednocześnie jest bardzo delikatny, dodam, że jest to moja pierwsza przygoda z szamponem micelarnym. Po umyciu włosy są sypkie, przyjemne w dotyku oraz wygładzone, dodatkowo mam wrażenie, że szampon pozostawia na nich delikatny film ochronny, jednak nie wzmacnia przy tym przetłuszczania. Jak dla mnie bajka! Kolejna kwestia, to obietnica zmniejszenia wypadania, przyznam szczerze, że nie zauważyłam zmian. 


Maska, jako uzupełnienie kuracji to strzał w dziesiątkę. Bardzo przyjemna konsystencja, która nie spływa z włosów, piękny zapach o czym wspomniałam wcześniej i bardzo fajne działanie. Maskę aplikuję na osuszone ręcznikiem włosy, nakładam termo-czepek i relaksuję się przez około 15 minut...czasem dłużej, czasem krócej, wszystko zależy od tego ile aktualnie mam czasu. Po zmyciu maski, od razu czuć różnicę, włosy są przyjemne w dotyku, mięciutkie, śliskie i sypkie. Tak samo sprawa wygląda już po wymodelowaniu, nie ma mowy o przeciążeniu, włosy dalej są odbite i uniesione u nasady a na długości są pięknie wygładzone, lśniące i aksamitne w dotyku. Trzeba przyznać, że maska rewelacyjnie wygładza ale jest na tyle delikatna, że nie potęguje przetłuszczania.

Przyjaciel na lata czy chwilowy romans?

Słowem podsumowania, osobiście, nie jestem zaskoczona, gdyż poniekąd liczyłam na to, że będę zadowolona z produktów. Cóż mogę powiedzieć, jak większość kosmetyków L'biotica Biovax, tak i ten duet sprawuje się świetnie. Jak wspominałam na początku, markę znam i bardzo cenię, uważam, że robią genialne produkty do włosów. Myślę, że wszystkie negatywne komentarze wynikają ze złego doboru kosmetyku do potrzeb naszych włosów, sama również lata temu źle trafiłam, jednak nie skreśliłam firmy z czego bardzo się cieszę. Mam również nadzieję, że owa edycja limitowana przerodzi się w regularną serię, gdyż produkty, zwłaszcza maska idealnie wpasowała się w moje potrzeby i spełniła oczekiwania.

Dajcie znać czy znacie i przede wszystkim, czy lubicie kosmetyki Biovax! Co szczególnie przypadło Wam do gustu i co polecacie!

SHINYBOX CZERWIEC || 6 YEARS TOGETHER

7/17/2018

SHINYBOX CZERWIEC || 6 YEARS TOGETHER

Czerwiec już dawno za nami, więc najwyższa pora zaprezentować zawartość Shinybox , zatytuowanego "6 years together". W tej edycji, mamy trzy rodzaje pudełek: Standard, Premium oraz VIP. Jak łatwo odgadnąć, zawartość zależy od tego, w której grupie się znajdujecie. 




Bell, HYPOalergenic Intense Colour Moisturizing Lipstick to kosmetyk, który rzucił mi sie w oczy jako pierwszy, pierwszy raz mam do czynienia z pomadkami Bell...tak wiem, wstyd, ale tak wyszło. Myślę, że z przyjemnością przetestuje i dam Wam znać co o niej myślę. Pozostając w klimacie ust, kolejny produkt to Delia, balsam do ust w sztyfcie Sun Fun SPF25. Produkt raczej mnie rozczarował, tym bardziej, że w ostatnim pudełeczku również znalazł się sztyft. Myślę, że pójdzie w świat, gdyż 2 opakowań na pewno nie zużyję. Kolejnym produktem było mydło antybakteryjne Clean Hands. Powiem tak, mydełek w kostce nigdy dość, znam markę i mogę polecić w ciemno, gdyż fajnie myją i nie wysuszają skóry.



Kueshi, krem do twarzy z filtrem SPF 50, zauważyłam, że ostatnio w ShinyBoxach bardzo często pojawiają się produkty tej marki. Był już krem do twarzy, woda micelarna, tonik czy żel aloesowy. Osobiście jestem z tego zadowolona, bo mogę dobrze poznać markę i wyrobić sobie zdanie na jej temat. Krem z filtrem, zwłaszcza teraz, przyda się każdej z nas, również ja, bardzo chętnie go wypróbuję. Schwarzkopf, Live Colour Spray, jak dla mnie największy niewypał czerwcowego pudełka. Jest to produkt, który zdecydowanie nie jest uniwersalny, mam 29 lat i nie wyobrażam sobie pomykania po ulicach z niebieskimi pasmami, jednak jest to kwestia indywidualnego podejścia. Efektima, maseczka glinkowa oczyszczająca, maseczek nigdy dość, jednak, tak jak pisałam już wcześniej, ze względu na ciążę i zmianę profilu mojej cery, maseczkę oddam mamie, myślę, że będzie zadowolona. Loffme, płatki kosmetyczne wielokrotnego użytku, pierwszy raz o nich słyszę i jestem bardzo ciekawa jak będą spisywały się w codziennym życiu/pielęgnacji, czy okażą się praktyczne?




Dr. Coco, Woda kokosowa- pierwszy raz piłam wodę kokosową...i jestem bardzo pozytywnie zaskoczona! Pyszności! Nutka, hipoalergiczny szampon do włosów- produkt, który bardzo mnie ucieszył, gdyż marka bardzo mnie ciekawi. W poprzednim pudełku trafiłam na mus pod prysznic o tym samym zapachu, więc teraz mam komplet, choć nie ukrywam, że wolałabym szampon do włosów cienkich. Efektima - krem do twarzy zwężający pory, kolejny produkt mało uniwersalny. Odkąd zaszłam w ciążę, nie dokuczają mi wypryski czy rozszerzone pory i raczej krem mi się nie przyda, ale podaruję go osobie, która go spożytkuje.





Dajcie znać co sądzicie o czerwcowej edycji, produkty przypadły Wam do gustu czy jesteście rozczarowane? Ja osobiście czuję niedosyt, choć kilka produktów zużyje z przyjemnością.


KOSMETYKI PROSTO Z NATURY || RESIBO SERUM I KREM POD OCZY

7/14/2018

KOSMETYKI PROSTO Z NATURY || RESIBO SERUM I KREM POD OCZY

Dzisiejszy wpis poświęcony będzie pielęgnacji, jednak pielęgnacji nie byle jakiej a wyjątkowej, naturalnej i niezwykle przyjemnej. Mowa o produktach polskiej marki Resibo, o której słyszałam już jakiś czas temu, jednak dopiero stosunkowo niedawno, bo kilka miesięcy temu, skusiłam się i wprowadziłam je do swojej pielęgnacji.


RESIBO, dobre i polskie || kosmetyki tworzone z pasją

RESIBO, to polska marka kosmetyków, które bazują na naturalnych składnikach i tworzone są z wysokiej jakości surowców roślinnych. Wszystko z myślą o zdrowiu, bezpieczeństwie a także o środowisku. Są to kosmetyki wegańskie, biodegradowalne i wszechstronne. Najważniejsze jednak jest to, że są to produkty tworzone z pasją i zaangażowaniem, z ogromną pieczołowitością dopracowywany jest każdy szczegół, zaczynając od szaty graficznej, designu opakowań a kończąc na produkcie najwyższej jakości. Są to kosmetyki tworzone i opracowywane przez kobietę dla kobiet, z miłością, szacunkiem i pomysłem, łączą one bowiem tradycyjne receptury z nowoczesnymi technologiami. Resibo jest stosunkowo młodą marką, która powstała w 2014 roku na Śląsku, mimo to, odniosła już spore sukcesy, ich kosmetyki zostały zauważone i odznaczone medalem " Perły Rynku Kosmetycznego". Również media społecznościowe nie milkną i co chwilę możemy poczytać o coraz to nowych perełkach od Resibo. W ofercie marki, znajdziemy kosmetyki zarówno do ciała jak i do twarzy, balsamy, kremy, produkty do demakijażu czy peelingi. Osobiście bardzo długo zastanawiałam się nad tym, co najbardziej chciałabym wypróbować, kusiły mnie kremy, zwłaszcza rozświetlający, jednak ostatecznie stwierdziłam, że zacznę od słynnego serum olejkowego oraz kremu pod oczy.


Odrobina elegancji i luksusu

Resibo kojarzy mi się z kobietą pewną siebie, śmiało kroczącą do przodu, taką, która wie czego chce. Za każdym razem, gdy sięgam po ten elegancki, szklany flakonik, który skrywa w sobie bogactwo natury, mam poczucie piękna i szyku. Wieczorna pielęgnacja nigdy nie była tak przyjemna, również dla oka. Harmonijna i spójna szata graficzna oraz design opakowań napawa mnie pewnością, że inwestycja w kosmetyki Resibo, była dobrym posunięciem. Serum oraz krem dumnie i elegancko prezentują się w mojej łazience. Wiem, że są to szczegóły, jednak my kobiety takie jesteśmy, że lubimy to co ładne, uwielbiamy gdy dobre działanie idzie w parze z elegancją i szykiem. Tak jest w tym przypadku! Oprócz uroku, buteleczka serum jest również bardzo przemyślana, pipeta nie napełnia się do końca a ujście buteleczki dodatkowo chroni gumowa uszczelka. Wszystko to zapewnia higienę i komfort codziennego używania.

RESIBO || Serum naturalnie wygładzające

Serum naturalnie wygładzające, to kosmetyk, który podbił serca wielu kobiet, czemu osobiście wcale się nie dziwię. Serum ma wygładzać zmarszczki, wyraźnie ujędrniać, ujednolicać oraz przywracać skórze młodzieńczą świeżość i blask. W jego składzie znajdziemy między innymi olejek ze słodkich migdałów oraz winogron, olej z nasion ogórecznika,  ponad to olejek marula, olejek buriti, olejek Lakesis, ekstrakt z lawendy motylej, witaminę C oraz skwalan. Patrząc na skład, od razu widać, że serum to istna bomba olejkowa o działaniu nawilżającym, liftingującym oraz wygładzającym. Ekstrakt z lawendy motylej, ma działać już po 24 godzinach w sposób analogiczny do botuliny, stąd obietnica niemal natychmiastowego wygładzenia i korekcji drobnych zmarszczek mimicznych. Serum bogate jest w składniki o działaniu antyoksydacyjnym, odżywczym oraz gojącym i regenerującym. Sprawdzi się ono u osób z cerą zarówno suchą, odwodnioną jak i mieszaną, której potrzeba regeneracji. 



Serum naturalnie wygładzające wprowadziłam do swojej pielęgnacji ponad miesiąc temu i powiem szczerze, że żałuję, że nie zrobiłam tego wcześniej. Zawsze wzbraniałam się i odrzucałam kosmetyki w formie olejków, bałam się ich konsystencji, tego, że będę czuła tą niemiłą lepkość. W przypadku tego serum, nic takiego nie ma miejsca, powiem więcej, jestem zaskoczona tym, jak szybko kosmetyk wnika w skórę. 3-4 krople produktu, rozgrzane uprzednio w palcach, delikatnie wklepywane w twarz, szyję oraz dekolt, cudownie otulają, odżywiają i koją. Mimo, iż jest to serum w formie olejku, produkt nie pozostawia niemiłej, lepiej czy tłustej warstwy. Warto również zwrócić uwagę na zapach, z moich doświadczeń wiem, że kosmetyki naturalne, jak by to ująć, różnie pachną. Na swej drodze spotkałam produkty, których zapach skutecznie zniechęcił mnie do ich stosowania. Serum pachnie ziołowo, jednak bardzo łagodnie, osobiście mam wrażenie, że wyczuwam nuty lawendy, jednak może być to moja podświadomość. Zapach nie jest nachalny a subtelny, idealny w wieczornej aromaterapii, pomaga się wyciszyć i zrelaksować.



Płynny botoks a może esencja młodości?

Działanie serum oceniam bardzo wysoko, nie spodziewałam się tak dobrych efektów. Moja cera faktycznie nabrała blasku, skóra jest elastyczna, wygładzona i napięta. Taka promienna.  Serum używam na noc, następnie nakładam krem nawilżający a rano budzę się z twarzą gładką i przyjemną w dotyku. Czasem zastanawiam się czy to ciąża czy serum, jednak wiem, że zanim wprowadziłam je do mojej pielęgnacji, nie było tak różowo. Moja buzia, szczególnie po pierwszym trymestrze, wołała o pomstę do nieba. Odwodniona, pozbawiona blasku, mało elastyczna, liczne suche skórki sprawiały, że podkłady wyglądały tragicznie. Zawsze ciężko mi stwierdzić, czy widzę zmniejszenie zmarszczek, może dlatego, że nie mam ich jeszcze zbyt wiele, to co mogę Wam zagwarantować, to wzrost jędrności i elastyczności. Ewidentnie wyczujecie poprawę nawilżenia i odżywienia, jeśli borykacie się z suchymi skórkami, możecie być pewne, że włączając regularny peeling oraz to serum, pozbędziecie się problemu.


RESIBO || Krem pod oczy

Obietnica, która składa producent, zafascynowała mnie tak bardzo, że nie mogłam przejść obok niego obojętnie. Krem, który poprawia mikrokrążenie, redukuje cienie i obrzęki oraz wygładza zmarszczki, jest czymś aż nierealnym. Producent idzie krok dalej, twierdzi, że krem wypycha zmarszczki od środka a spojrzeniu przywraca blask i zdrowy, nieskalany bezsennością, wygląd. Jeśli chodzi o skład, krem zawiera między innymi olej arganowy, kofeinę, ekstrakt ze skórki cytryny, ekstrakt z nasion dyni, Aquaxtrem ™ , czyli wyciąg z korzenia rabarbaru, ekstrakt z kłączy ruszczyka kolczastego, ekstrakt z żywicy indyjskiego drzewa Commiphora Mukul oraz wyciąg z ziela nawłoci. Ponownie mamy tu całą moc dobroczynnych składników o działaniu uszczelniającym naczynka, poprawiającym krążenie, intensywnie nawilżającym, rozjaśniającym czy antyoksydacyjnym. 


Czy spełnia obietnice?

Krem zamknięty jest w małej tubce, posiada dozownik typu air-less, który zapewnia dodatkową ochronę przed mikrobami z zewnątrz, co wpływa pozytywnie na jego trwałość i pomaga zmniejszyć ilość konserwantów. Na duży ukłon zasługuje zapach, łagodny, delikatnie ziołowy ale wyjątkowo przyjemny. Takie detale zawsze sprawiają, że chętniej sięgamy po dany kosmetyk, tak jest właśnie w tym przypadku. Konsystencja jest lekka ale zarazem treściwa, jest to przykład idealnego balansu pomiędzy bogatym składem a komfortowym dla klienta podłożem. Krem rozprowadza się idealnie, sunie gładko pod oczami, nawilża, lekko natłuszcza wrażliwą i cienką skórę pod oczami, daje uczucie ukojenia i komfortu. Produkt współgra z rożnymi korektorami, nie zauważyłam żeby któryś się zbierał czy rolował. Jest to krem o bogatym składzie, więc musicie wziąć poprawkę i dać mu chwilę aby się wchłonął, osobiście proponuję np. zaaplikować krem, zrobić sobie śniadanko, kawkę i zabrać się za malowanie. Resibo stworzyło krem zdecydowanie wart uwagi, dobry jakościowo oraz dopracowany wizualnie. Osobiście od kremu pod oczy oczekuję przede wszystkim mocnego nawilżenia oraz odżywienia i te obietnice są w 100% spełnione. Co do redukcji zasinień czy wypchnięcia zmarszczek, powiem tak, dobrze nawilżona skóra to podstawa i zawsze wygląda zdrowiej, młodziej, zmarszczki nie są tak mocno widoczne, jak na skórze zaniedbanej i przesuszonej.


Z mojej strony, póki co, to już wszystko, jednak mam nadzieję, że moja przygoda z kosmetykami Resibo dopiero się rozkręca. Patrząc na ich produkty, widzę czystą pasję i przyjemność z tworzenia. Kosmetyki Resibo sprawiają, że czuję się wyjątkowa, dopieszczona, otulona cudownym produktem, to wszystko sprawia, że sięgam po nie z ogromną przyjemnością i mam ochotę na więcej! Polecam serdecznie, myślę, że każda z nas znajdzie coś dla siebie i będzie zadowolona! Dawno nie byłam tak zadowolona i pewna danego kosmetyku.

Dajcie znać co sądzicie o ich produktach i oczywiście, które kosmetyki Wy lubicie i polecacie!

KOSMETYKI W CIĄŻY || CZEGO UŻYWAM W PIELĘGNACJI CIAŁA

7/10/2018

KOSMETYKI W CIĄŻY || CZEGO UŻYWAM W PIELĘGNACJI CIAŁA

Patrząc z perspektywy początku ósmego miesiąca, widzę, że moja ciążowa kosmetyczka nie różni się znacząco od tej sprzed ciąży. Jest jednak kilka produktów, w które w tym jakże wyjątkowym czasie, postanowiłam się zaopatrzyć. Mowa będzie dziś o produktach pielęgnacyjnych, bo jak wiadomo, ciąża oprócz ogromnej radości, niesie ze sobą pewną dozę niepewności i obaw, również o nasze ciało.

Dobry balsam a może geny?

Nikogo nie zdziwi fakt, że bardzo ważna stała się dla mnie pielęgnacja skóry, zarówno twarzy jak i ciała. O ile wcześniej, nie przykładałam się do regularnego balsamowania i natłuszczania ciała, tak teraz jest to obowiązkowy punkt mojej wieczornej pielęgnacji. Zacznę od tego, że póki co, mój brzuszek nie jest jeszcze pokaźnych rozmiarów. Czy tak będzie do końca, czas pokarze. Póki co, stawiam na nawilżanie, natłuszczanie i przeciwdziałanie potencjalnym rozstępom. Od siebie dodam również, że akurat do tego tematu udało mi się podejść, raczej zdroworozsądkowo. Z licznych szkoleń wyniosłam jedno, jeśli macie tendencję, za dużo i za szybko przytyjecie, rozstępy się pojawią i żaden krem/olejek tego nie powstrzyma. Co więc możemy zrobić? Odpowiedź jest prosta, zminimalizować ich intensywność, dobrze przygotować skórę, przez co potencjalne rozstępy będą np. mniejsze czy płytsze. Może zdarzyć się również tak, że dzięki dobremu przygotowaniu skóry w połączeniu z Waszymi genami, nieestetyczne pęknięcia wcale się nie pojawią. Warto również wspomnieć, że elastyczna, nawilżana skóra szybciej "wraca do formy", niż ta wysuszona i zaniedbana.

Duo prysznicem, czyli ulubiony żel + peeling

Odkąd zaszłam w ciążę, zrezygnowałam z długich, gorących kąpieli. Raz, że jest to zalecenie ginekologów, dwa, było mi za gorąco i za duszno. Taka zmiana. Godzinną kąpiel, zamieniłam na stosunkowo szybki prysznic. Staram się nie używać bardzo, bardzo gorącej wody, jednak nie  zawsze trzymam się tej zasady, czasem mam po prostu na prysznic w takiej formie ochotę. Oprócz ulubionego, delikatnego żelu, zaczęłam regularnie peelingować ciało. Od kilku miesięcy, moimi ulubieńcami są peelingi z Ziaji, aktualnie wykańczam jeszcze zapasy z zimowych edycji.


Peeling wspaniale pachnie i myślę, że ten zapach długo mi się nie znudzi. Drobiny cukru mają odpowiednią wielkość, są wyczuwalne, dobrze ścierają zrogowaciały, martwy naskórek. Dodatkowo peeling zostawia lekką, natłuszczającą warstwę, niektórych może to irytować, natomiast mnie odpowiada. Po zabiegu, skóra jest miękka i nawilżona a po skończonym prysznicu, skóra nie jest od razu przesuszona czy szczypiąca.

Nawilżanie, natłuszczanie i regeneracja



Stałym punktem, w mojej ciążowej pielęgnacji ciała, są rożnego rodzaju preparaty nawilżające i natłuszczające. Brzmi górnolotnie, ale chodzi mi o balsamy/ kremy do ciała. Początkowo zaopatrzyłam się w produkt dedykowany typowo kobietom w ciąży. Mowa o balsamie firmy Palmers, niestety, jego zapach skutecznie mnie odstrasza. O ile kiedyś uwielbiałam tą słodką woń, tak w ciąży nie jestem w stanie jej znieść. Miałam nadzieje, że wstręt minie w drugim trymestrze, jednak póki co nic się nie zmienia. Szkoda, bo skład i opinie ma rewelacyjne. Produkt bazuje na  naturalnych olejach i masłach, ma bardzo dobrą konsystencję, nie jest zbyt lejący ani za gęsty, dobrze nawilża i optymalnie natłuszcza. Niestety, zapach, który jak na złość utrzymuje się długo, zupełnie mi nie odpowiada. Przed zakupem sprawdźcie zapach, jeśli nie będzie Was drażnił- śmiało- zakup polecam!

Kolejnym zakupem był krem przeciwdziałający pojawianiu się rozstępów z Ziaji i tu producent już pomyślał o delikatnych noskach przyszłych mam. Krem ma bardzo przyjemną, leciutką konsystencję, ekspresowo się wchłania a jego zapach jest tak delikatny, że możecie kupować go w ciemno. Krem rekomendowany jest od 4 miesiąca ciąży. Wady? Jak dla mnie jest mało treściwy, nawilża, jednak słabo natłuszcza a moje ciało czasem potrzebuje właśnie mocniejszej regeneracji. Lubię go, jednak nie jest on dla mnie wystarczający.


Jakiś czas temu, skusiłam się na produkty Organique, nawilżające masło do ciała: Body Velvet Butter w wersji blossom essence oraz balsam z masłem Shea grecki. Są to dwa produkty do ciała, jednak o kompletnie innej formule i konsystencji. Pierwsze, lżejsze, aczkolwiek i tak dość treściwe, jest moim bezapelacyjnym faworytem. Sięgam po nie najczęściej. Masło ma piękny zapach, delikatny, kwiatowy, wiosenny jednak nie nachalny. Jego aksamitna konsystencja sprawia, że aplikacja jest szybką i doprawdy, niezwykłą przyjemnością. Masło wchłania się dość sprawnie, nie zostawia nieprzyjemnej, lepkiej warstwy a jedynie aksamitny woal. Jest bardzo nawilżające, otulające i dostatecznie regenerujące.


Drugi produkt, a tak właściwie, odżywczy balsam do ciała,  greckie winogrona, urzekł mnie jeszcze piękniejszym zapachem! Jego konsystencja jest wyjątkowo gęsta, a to za sprawą bardzo dużej zawartości masła Shea. Pod wpływem temperatury, ciepła dłoni, masło mięknie, zamienia się w coś w stylu pięknie pachnącego olejku. Balsam natychmiastowo nawilża, odżywia i wyjątkowo mocno regeneruje skórę. Poprawia elastyczność i wzmacnia naturalną barierę lipidową. Oprócz masła Shea, balsam zawiera również olejek z winogron, awokado oraz sojowy, takie połączenie sprawia, że nie jest to produkt lekki. Na skórze zostawia warstwę, którą ja uważam za przyjemną. Aplikuję go kilka razy w tygodniu, zawsze na wieczór, dzięki czemu rano budzę się ze skórą gładką niczym u niemowlaczka, którego niebawem zobaczę.



Moim, stosunkowo, najnowszym nabytkiem jest masło do ciała z The Body Shop o bajecznym brzoskwiniowym zapachu. Produkt, jak dla mnie, jest rewelacyjny. Konsystencja jest dość bogata, cudowanie maślana, jednak nie przesadnie tłusta. Masło, jak można się domyślać, zostawia na skórze delikatny, ochronny film, który otula i daje niewyobrażalne uczucie komfortu. Co do samego działania, osobiście jestem bardzo zadowolona, skóra jest dobrze nawilżona i w odpowiednim stopniu natłuszczona. Produkt fajnie uelastycznia i odżywia, tak na prawdę, stosuję je nie tylko na brzuch ale, że tak powiem, lecę po całości ;) Na koniec dodam, że zapach jest obłędny!


Wiem, że dużo kobiet, nie chcąc pisać, że większość, stawia podczas ciąży na olejki i nie wyobraża sobie innego postępowania. Powiem tak, nie oceniajmy. Najważniejsze żeby dobrać pielęgnację w taki sposób, aby przede wszystkim, sprawiała Wam przyjemność. Osobiście nie lubię olejków/oliwek, wiele razy do nich podchodziłam i za każdym razem mnie irytowały, dlatego stwierdziłam, że w ciąży nie będę na siłę się męczyć. Możliwe, że nie trafiłam nigdy na dobry olejek/oliwkę. Myślę, że wyjątkowo treściwy balsam z Organique, póki co, jest wystarczający.


Dajcie znać co myślicie o takiej pielęgnacji. Jestem ciekawa jak sprawa wygląda/ wyglądała u Was, na co Wy stawiacie/stawiałyście podczas ciąży?

Copyright © 2017 AnnaBlog