FLOS-LEK ANTY-AGING GOLD THERAPY, MASECZKA DOTLENIAJĄCA Z GLINKĄ I ZŁOTEM

W dni takie jak dziś, kiedy calkowicie nie chce mi się wychodzić z domu, lubię zrobić sobie coś w stylu "dnia piękności". W praktyce kończy się na peelingu i maseczce. Dziś zdecydowałam się na Flos-lek ANTI-AGING GOLD THERAPY dotleniająca maseczka z glinką i złotem.



Maseczka dostępna jest w standardowych podwójnych saszetkach, każda po 5 ml. Konsystencja produktu jest bardzo przyjemna, aksamitna, zdecydowanie nie jest to maseczka z rodzaju śliskich czy lepkich. Aplikacja jest łatwa i powiedziałabym "czysta", maska dzięki odpowiedniej gęstości fajnie współpracuje. Nie ma w niej również parafiny więc myślę, że te z Was, którym owy składnik ewidentnie nie służy będą zadowolone. Zapach jest delikatny, raczej nie zwraca się na niego większej uwagi. Maseczka powinna wystarczyć Wam na około 3 użycia. Co do składu i obietnic producenta- ja osobiście zawsze podchodzę do takich sensacji z przymrużeniem oka ale owszem, gdy popatrzycie na skład faktycznie maseczka zawiera składnik- złoto koloidalne.

Czy było warto?

Maseczka Flos-Lek Anti-Aging Gold Therapy okazała się bardzo przyjemnym produktem, co potwierdzam zarówno ja jak i moja szanowna rodzicielka. Po zmyciu maseczki moja buzia wyglądała zdecydowanie lepiej; pierwsze co rzuciło mi się w oczy to poprawa i wyrównanie kolorytu. Czyżby maseczka rzeczywiście "dotleniła" nieco moją zmęczoną ostatnio cerę? Faktem jest to, że moja buźka nieco się ożywiła, wyglądała na wypoczętą i nieco rozjaśnioną. Dodatkowo wspomnę również, że skóra zyskała na nawilżeniu a co za tym idzie elastyczności i napięciu. Maseczka przypadła do gustu również mojej mamie, która nota bene miała podobne odczucia. 

Czy warto się skusić? Uważam, że tak. Maseczki Flos-Lek nie są drogie- cenowo są porównywalne do produktów Ziaji, których to swego czasu byłam zagorzałą fanką. Nie ukrywam, że na dzień dzisiejszy jestem zwolenniczką glinek czy alg do własnego "rozrabiania" ale myślę, że taka forma saszetki jest wygodnym wyjściem...bo nie zawsze chce nam się brudzić wszystko dookoła tylko po to żeby posiedzieć 15 minut z błotem na twarzy ;)

Jakie są Wasze ulubione maseczki w saszetkach? 
Wolicie same rozrabiać maski czy raczej idziecie na łatwiznę i kupujecie gotowce?

10 komentarzy:

  1. Maseczek z Flos-Lek jeszcze nie stosowałam. Muszę się za nimi rozejrzeć. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Brzmi fajnie, lubię takie saszetkowe maseczki:)

    OdpowiedzUsuń
  3. mam tą maseczkę i zrobię ją sobie razem z mamą.

    OdpowiedzUsuń
  4. Kupiłam glinki do samodzielnego robienia maseczek ale na razie nie chciało mi się za to zabrać :) A tą chętnie bym wypróbowała bo z Flos-Leku jeszcze żadnej nie miałam maseczki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam całą masę napoczętych glinek do samodzielnego rozrobienia...i przyznam szczerze, że po początkowej fascynacji mój zapał przygasł i strasznie ciężko zmusić mi się do paćkania się w tym "błotku"

      Usuń
  5. Również jestem fanką samorobionych maseczek z glinek ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Brzmi ciekawie, jeśli ją napotkam to na pewno się skuszę :-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Zastanawiałam się nad nią, muszę spróbować :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Staram się nie sięgać po maseczki w saszetkach, bo jakoś ciężej mi się zabrać za ich zużywanie... Nie jestem pewna, ale wynika to chyba z faktu, że mogą zamknięte poleżakować dłużej w szafce. Jeśli mam maseczkę do rozrabiania lub 'w tubce' chętniej po nią sięgam :) Nie mam więc ulubieńca saszetkowego, chociaż dobrze wspominam maseczki Montagne Jeunesse.
    pozdrawiam, A

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję Wam bardzo serdecznie za odwiedzenie mojego bloga!

Zawsze czytam pozostawione przez Was komentarze i staram się na nie odpisywać.
Bardzo cieszy mnie, gdy widzę, że zostawiacie po sobie ślad, daje mi to możliwość poznania Was i odwiedzenia Waszych blogów :)
Pozdrawiam A.