IVR kosmetyki w minidawkach, żel "Lifting efekt" oraz maseczka oczyszczająca

Przyznam szczerze, że kosmetyki IVR są dla mnie całkowitą nowością i nigdy wcześniej nie miałam z nimi nic wspólnego ;) Są to kosmetyki łatwo dostępne- znajdziecie je np. w Rossmanie, ja swoje egzemplarze otrzymałam podczas spotkania bloggerek w Zamościu. Nie przedłużając zapraszam do lektury :)



Pierwszym produktem firmy IVR, za którego testowanie się zabrałam była maseczka oczyszczająca z glinką. Kosmetyk zamknięty jest w większej saszetce, która zaopatrzona jest w mini-dozownik. Otwarcie saszetki jest banalnie proste- wystarczy oderwać "główkę" i już...aczkolwiek w moim odczuciu bardziej praktyczna byłaby możliwość ponownego zakręcenia kosmetyku. Producent podaje, że produkt wystarczy nam na 3 aplikacje- w moim przypadku wyszło tak 3 i 1/2 ale oczywiście wszystko zależy od grubości warstwy jaką sobie nałożymy. Aplikacja maseczki nie sprawia większych trudności, po zadozowaniu pożądanej ilości, kosmetyk nakładamy na twarz. Konsystencja maseczki jest w moim odczuciu nieco "śliska" co sprawia, że bardzo szybko rozsmarowujemy ją na twarzy. Działanie maseczki oczyszczającej średnio przypadło mi do gustu a to za sprawą silnego uczucia ściągnięcia i delikatnego mrowienia w czasie trzymania produktu na twarzy. Miałam wrażenie, że maseczka jest dla mnie trochę "za mocna". Po zmyciu produktu z twarzy buzia była faktycznie zmatowiona, oczyszczona a pory zminimalizowane. Zawartość glinki oraz tlenku cynku osusza drobne wypryski. Ogromnym minusem było dla mnie zmywanie maseczki z twarzy- naprawdę musiałam poświęcić na to dużo czasu, wody i nerwów.


Kolejnym produktem firmy IVR, który miałam okazje i przyjemność przetestować był żel "Lifting efekt" z kwasem hialuronowym. Opakowanie produktu jest analogiczne jak w przypadku maseczki- zabezpieczona saszetka z dołączonym aplikatorem. Producent podaje, że kosmetyk wystarczy nam na 10 aplikacji- i w tym przypadku zgadzam się całkowicie. Nie miałam problemu z aplikacją, gdyż otwór, przez który wydobywamy produkt jest wąski dzięki czemu nie wylejemy na dłoń za dużo produktu. Jedyne do czego mogę się przyczepić- moim zdaniem przydałaby się tu mała zakręteczka gdyż nie ma co ukrywać- po otwarciu produktu musimy go zużyć, co np. podczas wyjazdu może być kłopotliwe. Żel ma przyjemną konsystencję aczkolwiek uprzedzam, że na mojej skórze wyczuwalna była delikatnie lepka warstwa. Zapach jest kwestią dyskusyjną, moim zdaniem jest średni. Żel mnie nie uczulił, nie podrażnił, nie zapchał- ogólnie jestem z niego bardzo zadowolona. Swoją funkcję spełnia poprawnie- ładnie nawilża i odświeża a dodatkowo bardzo spodobało mi się uczucie napięcia jakie pozostawia na skórze. Pierwszych zmarszczek nie usunął jednak na to szczerze powiedziawszy nie liczyłam. 


Uważam, że są to kosmetyki godne zainteresowania- w szczególności żel "liftingujący", który podobał mi się o wiele bardziej niż maseczka oczyszczająca. Moim zdaniem zakup kosmetyków w minidawkach jest dobrym rozwiązaniem gdy podróżujemy lub lubimy zmieniać tego typu produkty. Jeśli miałabym ocenić oba kosmetyki to maseczce oczyszczającej z glinką dałabym 3 natomiast żelowi "lifting efekt" 4+.

Jeśli jesteście ciekawe produktów IVR zapraszam na ich stronę internetową: IVR
Produkty IVR dostępne są w Rossmanie a ich ceny wynoszą odpowiednio 10 zł za maseczkę i 12 zł za żel.

Znacie? Lubicie?




Przygotowana na mrozy, La Roche Posay Nutritic intense rich

Nie wiem jak u Was ale u mnie zima rozhulała się na dobre, wali śniegiem od rana, zawiewa, że czasami ciężko oczy otworzyć ;) Przyznam Wam szczerze, że po powrocie z apteki, w której umarzłam nieziemsko zrobiłam sobie gorącej herbatki, przykryłam się kocykiem i tak sobie siedzę ;) Przy okazji ostatniego projektu denko mówiłam Wam, że zużyłam pokaźną ilość próbek kremu La Roche-Posay Nutritic Intense Rich


Jak widzicie nie mogłam się powstrzymać i korzystając z okazji, że trafiłam na zestaw skusiłam się i tak oto stałam się szczęśliwą posiadaczką tego cudownego kremu. Pierwszy raz spotkałam produkt, który już po kilku użyciach tak bardzo przypadł mi do gustu. Mimo tego, że mam cerę mieszaną krem wchłania się fantastycznie, nie zostawia tłustej warstwy, nie zapycha porów i nie ma w swoim składzie parafiny. Uwielbiam w nim chyba wszystko od cudownego zapachu przez konsystencję po działanie :)

Znacie? Lubicie?
Jaki jest Wasz zimowy ulubieniec?



Czym KosmetyczkaAni konturuje twarz, czyli szybki przegląd bronzerów

O tym, że jestem różoholiczką wiecie nie od dziś, co do bronzerów- staram się (oczywiście w miarę moich możliwości) zachowywać umiar. W swojej kolekcji mam jedynie trzy bronzery, które używam wręcz z uporem maniaka ;) Moja kolekcja nie jest duża, staram się nie kupować niczego nowego choć nie powiem mam ochotę na wypróbowanie bronzerów firmy MAC ;)


Pierwszym bronzerem, który jest ze mną najdłużej jest produkt firmy The Body Shop, który kupiłam podczas wakacji w Gdańsku. Taka moja pamiątką. Co popchnęło mnie do zakupu? Pozytywne recenzje Basi ze znanego youtub-owego kanału ;) Mój bronzer jest w odcieniu  01, czyli najjaśniejszym... i tu mały zgrzyt, gdyż jak się później okazało Basia miałam nr.02 a ja po prostu wpadłam don TBS, wzięłam najjaśniejszy i wybiegłam żeby zdążyć na pociąg ;) Bronzer z The Body Shop jest częstym gościem na mojej twarzy, szczególnie w dni kiedy nie mam czasu albo maluję się przy słabym świetle i nie chce zrobić sobie ciemnych placków. Kolor owszem jest jasny, ładny jednak jak na moje oko ciepły. Nie mam tu na myśli znienawidzonej "marchewkowej" poświaty, po prostu uważam, że będzie idealny dla "ciepłego rudzielca" :) Bronzer jest dość miękki i plastyczny- łatwo nabiera się na pędzelek ale jednocześnie wymaga bezwzględnego strzepnięcia nadmiaru. Z produktem pracuje się świetnie, jest łatwy w rozcieraniu i co ważne nie tworzy plam. Efekt jaki uzyskamy zależy tylko i wyłączeni od nas i naszej cierpliwości ;)


Kolejnym produktem, na który się skusiłam jest legendarny i wszystkim dobrze znany bronzer Hoola od Benefit. Kupiłam go jakiś rok temu, chodził za mną strasznie, z każdej strony napływały pochlebne pienia na jego temat...no i się poddałam. Kupiłam, wypróbowałam...i doszłam do wniosku o co tyle krzyku? To co napiszę zapewne wiele osób skrytykuje, otóż do mnie Hoola nie przemawia. Na moje oko wcale nie jest to kolor neutralny- jest ciepły, powiem więcej- o wiele cieplejszy i bardziej marchwiany niż opisywany wcześniej bronzer z The Body Shop. Moim zdaniem jest to produkt, do którego trzeba mieć lekką rękę i dobry pędzel. Początkowo nakładałam go Hakuro H14 i była masakra. Ciemne (jak dla mnie) smugi wymagały porządnego roztarcia co zajmowało trochę czasu, którego rano nie mam. Hoola wylądował na długi czas na dnie szuflady. Dziś używam go częściej ale tylko dlatego, że jestem szczęśliwą posiadaczka jajeczka z Real Techniques blush brush. W takim duecie Hoola zyskał moją sympatię, gdyż efekt który uzyskuję jest stosunkowo delikatny, przejścia kolorów są płynne i nie przypominam wymalowanej lali. Oczywiście jeśli lubicie mocniejsze konturowanie- ok, Hoola jest dla Was stworzony. Ja taki efekt toleruję jedynie na wieczorne wyjścia.


Ostatnim gagatkiem w mojej kolekcji jest mój stosunkowo nowy nabytek- bronzer a raczej róż NYX w odcieniu taupe. Cóż mogę o nim powiedzieć. Kolor jest faktycznie chłodny, szaro-brązowy, co z resztą widać na zdjęciach. Bronzer NYXa ostatnio zaczyna coraz częściej pojawiać się na blogach i YouTubie, gdzie jest wychwalany pod niebiosa. Wydawałoby się, że  znalazłam ideał. I teraz czas na moją refleksję- dlaczego nikt nie wspomni o tym, że jest diabelsko twardy? Nabranie go na pędzelek Hakuro H14 graniczy z cudem, mowy nie ma żeby uzyskać pożądany efekt np. przy drugiej "aplikacji" na twarz. Ja próbowałam już różnych sztuczek i opcja z nad drapaniem powierzchni sprawdza się najlepiej. Na buzi efekt jest delikatny i subtelny. Efekt jaki nim uzyskamy jest bardzo naturalny. Kolor jest stworzony dla wszystkich chłodnych karnacji, ze szczególnym uwzględnieniem blondynek ;) 


1- NYX taupe; 2-Hoola Benefit; 3-The Body Shop (plaster miodu-01)


Podsumowując, muszę Wam powiedzieć, że nie mam swojego ulubieńca, żadnemu z nich nie mogę wystawić oceny celującej. Każdy z bronzerów ma swoje wady i zalety, żadnego nie przekreślam i nie mówię, że jest beznadziejny. Gdybym miała wybrać jeden miałabym spory dylemat, dlatego pierwsze miejsce pozostawiam puste. Na drugim- NYX i The Body Shop; trzecie miejsce w moim rankingu zajmuje Hoola firmy Benefit (najdroższy ze wszystkich).

Strasznie nurtuje mnie bronzer NYXa w odcieniu taupe- może tylko ja trafiłam na tak zbity i ciężki w nabraniu na pędzel egzemplarz?!

Jakie są Wasze ulubione bronzery? Możecie polecić coś wartego uwagi dla osoby z jasna karnacją?

Pozdrawiam A.

Pracuję nad kreską, czyli moja alternatywa makijażu do pracy

Pamiętam jak swego czasu mój codzienny makijaż ograniczał się jedynie do kreski (oczywiście kredką ) oraz tuszu do rzęs...czasem dorzuciłam jakiś róż. Stare dzieje ;) Dziś zmalowałam własnie taki prosty makijaż, który oparty jest na mocno czarnej kresce. Kreskę zrobiłam używając miękkiej czarnej kredki, czarnego cienia- do roztarcia kredki i zagęszczenia linii rzęs a na koniec delikatnie poprawiłam eyelinerem. Załamanie podkreśliłam jasnym brązowym cieniem a na środek powieki dodałam nieco jasnego, połyskującego cienia z paletki Sleek Au naturell. Linię wodną pokryłam biała kredką. I tyle. Mega prosty i szybki make-up ;)



Kolejne zdjęcia pokazują jak duże znaczenie w makijażu ma pomadka. W pierwszym przypadku zastosowałam jaśniutką pomadkę firmy Golden Rose nr.205 którą kiedyś recenzowałam. Ponoć ma być ona odpowiednikiem MACowej Creme Cup...moim zdaniem nie ma co robić takich porównań bo nosi się ją zupełnie inaczej niż MACa. Swoją drogą używam jej dość sporadycznie bo przeszkadza mi jej "posmak". Końcowy efekt bardzo mi się podoba, jest naturalnie, delikatnie i dziewczęco.


Na kolejnych zdjęciach widzicie pomadkę Sephora nr. 07. Od razu powiem, że kolor jest delikatnie przekłamany- na żywo pomadka ma kolor nieco zgaszonego, brudnego różu. Postaram się zrobić jej recenzję i mam nadzieję, że uda mi się trafić na lepsze światło niż ostatnio ;) Mam wrażenie, że pomadka podkreśla i podbija kolor moich oczu i sprawia, że twarz wygląda radośniej. Takie moje przemyślenia ;)


Co sądzicie? Która wersja bardziej się Wam podoba?
Klasycznie z bladymi ustami czy raczej trochę więcej koloru?

Pozdrawiam
A.




KosmetyczkaAni rozdaje!

Wczoraj doszłam do wniosku, że strasznie dawno nie było u mnie rozdania. Czas o zmienić ;) Długo zastanawiałam się co by tu dla Was przygotować...i doszłam do wniosku, że najlepiej będzie jeśli same wybierzecie sobie nagrodę ;)


Regulamin:
  1.  Organizatorem rozdania jest właścicielka bloga kosmetyczkaani.blogspot.com
  2.  Nagrody są nowe, nieużywane
  3. W rozdaniu mogą wziąć udział osoby będące publicznymi obserwatorami ww. bloga lub osoby "lubiące" profil KosmetyczkaAni na Facebooku
  4. Rozdanie trwa od 21-01-2014 do 21-02-2014 r
  5. Zwycięzca zostanie wyłoniony drogą losową
  6.  Przewiduje się nagrodę pocieszenia
  7. Wyniki zostaną ogłoszone do 3 dni po zakończeniu rozdania
  8. Podstawą wzięcia udziału w rozdaniu jest poprawne wypełnienie formularza zgłoszeniowego


Co zrobić aby wziąć udział?

  1.  Wypełnij formularz zgłoszeniowy
  2.  Aby wziąć udział w rozdaniu musisz być publicznym obserwatorem bloga kosmetyczkaani.blogspot.com (1 los) lub lubić profil KosmetyczkaAni na Facebooku 
  3. Dodatkowo możesz w dowolny sposób udostępnić informacje o rozdaniu- czy to na swoim blogu (1 los) czy też na Facebooku (1 los)
  4. Najprzyjemniejszą częścią rozdania jest oczywiście wybór nagrody! Otóż postanowiłam, że dam Wam wolną rękę. Każdy uczestnik MUSI przesłać ( w formularzu konkursowym) link do JEDNEJ wybranej przez siebie paletki Sleek lub Barry M ( z serii 6 cieni+róż) lub MUA (12 cieni)












Oczywiście zachęcam Was do brania udziału w rozdaniu, przypominam termin nadsyłania zgłoszeń21.02.14r

Życzę Wam udanego dnia a tymczasem biegnę na szkolenie z firmą Avene :)
Pozdrawiam
A.

A to kwas, czyli podsumowanie kuracji Pharmaceris Sebo-Almond Peel; krem peelingujący I stopień złuszczania

O tym, że pielęgnacja skóry tłustej czy mieszanej powinna opierać się na złuszczaniu martwego naskórka nie trzeba nikomu mówić....a może jednak? Jak pokazuje moje-dość krótkie- doświadczenie w aptece świadomość prawidłowej pielęgnacji jest na bardzo niskim poziomie. W przypadku skóry tłustej/mieszanej naturalny proces złuszczania się martwego naskórka jest upośledzony, dlatego kluczową rolę w codziennej pielęgnacji odgrywają preparaty wspomagające proces usuwania martwego naskórka oraz rozrzedzające sebum. Moją propozycją na dziś jest Pharmaceris Sebo-Almond Peel 5% kwas migdałowy, czyli krem peelingujący I stopień złuszczania
Na początku chcę przybliżyć Wam nieco główną substancję czynną wchodzącą w skład preparatu. Otóż cechą charakterystyczną kwasu migdałowego jest jego stopniowe działanie (jest to duża cząsteczka, która jest wolno wchłaniana) co czyni go bezpieczniejszym w stosowaniu, głównie przez mniejsze ryzyko wystąpienia podrażnień. Kwas migdałowy posiada oczywiście właściwości keratolityczne a dodatkowo działa bakteriobójczo oraz reguluje pracę gruczołów łojowych, wpływając tym samym na jakość wytwarzanego sebum.


Krem Pharmaceris Sebo-Almond Peel I stopień złuszczania zamknięty jest w charakterystycznych dla firmy opakowaniach zaopatrzonych w pompkę typu air-less. Wielokrotnie wspominałam, że cenię takie rozwiązania nie tylko ze względów higienicznych ale również ekonomicznych. Szatę graficzną opakowań określę jako schludną i rzeczową, nie ma tu zbędnych udziwnień dzięki czemu "przekaz" jest jasny i klarowny. Krem jest również dobrze opisany a dołączona do niego ulotka rozwieje wszystkie nasze wątpliwości. Konsystencja jak i zapach produktu początkowo mnie zaskoczyły. Zapach jest bowiem jak na mój nos nieco metaliczny a konsystencja, mimo że nie należy do gęstych, początkowo jest delikatnie klejąca. Delikatne uczucie lepkości utrzymuje się na twarzy jednak nie mogę napisać, żeby jakoś specjalnie mi przeszkadzało. Dodam, że krem bardzo dobrze się rozsmarowuje co korzystnie wpływa na wydajność.


Działanie kremu peelingującego jest bardzo dobre. W pierwszych tygodniach stosowania widać było, że skóra ewidentnie się łuszczy jednak dobry peeling raz w tygodniu załatwiał sprawę. W moim przypadku obyło się bez większych podrażnień czy szczypania, krem pod tym względem jest delikatny. Dziś mija jakieś 2-3 miesiące odkąd stosuję krem Pharmaceris z 5% kwasem migdałowym. Co mogę powiedzieć o długoterminowym stosowaniu owego specyfiku? Przede wszystkim nie mam problemu z suchymi skórkami- wszystko jest na bieżąco usuwane. Nie mogę napisać, że krem zredukował moje rozszerzone pory do zera, aczkolwiek mam wrażenie, że poprawiła się jakoś łoju (został upłynniony) gdyż nie mam, tak jak niegdyś, wielkich, czarnych kraterów. Pory są mniejsze a podskórne grudki praktycznie mi nie dokuczają. Krem nie wybielił moich przebarwień ale na to akurat nie liczyłam.

Słowem podsumowania- osobiście jestem z niego zadowolona, nie mogę jednak powiedzieć, że krem powalił mnie na kolana. Po pewnym czasie moja skóra przyzwyczaiła się do niego i mniej więcej po zużyciu 3/4 opakowania nie widziałam większej różnicy ani w odblokowywaniu porów czy złuszczaniu. Jednocześnie jestem niemalże w 100% pewna, że nadszedł właściwy moment żeby zainwestować w II stopień złuszczania czyli krem 10% kwas migdałowy :) Jednocześnie uważam, że krem Pharmaceris Sebo-Almond Peel z 5% kwasem migdałowym jest produktem wartym zainteresowania, tym bardziej jeśli dopiero zaczynacie swoją przygodę z kwasami lub dla osób, które mają cerę wrażliwą i skłonną do powstawania zmian naczynkowych.

Ciekawa jestem jakie są Wasze wrażenia po kremach peelingujących Paharmaceris?
Może któraś z Was stosowała II stopień złuszczania?

Pozdrawiam
A.

Leniuchuję przed pracą, czyli co robię gdy nie muszę się śpieszyć

Lubię takie dni, w których nie muszę się śpieszyć. W sumie która z nas nie lubi ;) Dziś mam na popołudnie więc cały ranek mam dla siebie. Może powinnam pójść gotować jakiś obiad...ale K. jest cały dzień w pracy. Może powinnam zabrać się za sprzątanie? Ha! Zrobiłam to wczoraj. Dzieci nie mam i póki co nie planuję zmieniać swojego statusu społecznego. Cóż zatem mam do roboty? Dziś się relaksuję...i jak to mówi moja mama- przeprowadzam "renowację" :)


W takie dni jak dziś nie śpieszę się z piciem kawy, jem dobre, bogate śniadanko (dziś jajko sadzone- obowiązkowo z płynnym żółtkiem- pyszności), później myję twarz....i się zaczyna. Na pierwszy rzut idzie peeling. Mój ulubiony to Organique Enzymatic peeling & herbal, czyli enzymatyczny peeling ziołowy, pisałam o nim <TU>. Cały czas uważam, że jest to jeden z lepszych peelingów jaki miałam okazję stosować. Jest drogi, nie ma co czarować. Kupiłam go sobie "na urodziny" jakiś rok temu. Dawno- a jak widzicie zużycie jest nieco większe niż 1/2 opakowania. Wydajność powala- przynajmniej mnie. Lubię go z kilku względów- przede wszystkim działanie- dogłębne i dokładne. Usuwa wszystko co zbędne bez jakichkolwiek podrażnień.


Po peelingu zawsze przychodzi czas na maseczkę, przyznam szczerze, że w wakacje miałam zryw i robiłam maseczki tak średnio 2-3 razy w tygodniu. Wiadomo, miałam więcej czasu dla siebie...i chyba bardziej mi się chciało ;) Obecnie maseczkę robię systematycznie raz na tydzień, czasem dwa razy w tygodniu ;) Ostatnio moim sercem zawładnęła fenomenalna maseczka firmy Organique Alge mask anti acne, czyli maseczka algowa przeznaczona do cery problematycznej/trądzikowej. W moim przypadku maska sprawdza się genialnie! Po pierwsze maseczka cudownie relaksuje, daje uczucie chłodzenia. Na plus zaliczam również to, że maseczka nie powoduje u mnie ściągnięcia czy nadmiernego przesuszenia. Po zdjęciu maski twarz jest odmieniona, serio. Koloryt jest wyrównany, pory zmniejszone i naprawdę mniej zauważalne, nadmiar sebum jest usunięty. Buzia jest gładka, promienna i przygotowana na przyjęcie porcji kremu :) Polecam serdecznie, uwierzcie mi, że będziecie zachwycone!


Gdy już uporam się z rekonstrukcją buźki, zabieram się za włosy! Oczywiście jest maseczka, którą trzymam solidne 30 minut. Wybór maseczki jest raczej przypadkowy, ostatnio wykańczam Alterrę granat & aloes. Co o niej sądzę? Po pierwsze chciałabym żeby się w końcu skończyła...bo chcę wypróbować coś nowego :P Maska Alterry sprawdza się u mnie poprawnie ale bez szaleństw- masce Klorane masło mangowe nie dorasta do pięt! Włosy są miękkie jednak średnio od połowy długości zaczynają się puszyć i wykręcać we wszystkie strony. Gdy używałam jej razem z szamponem So Bio regenerującym efekty były o niebo lepsze- bo i szampon sam w sobie był genialny.



 A Wy jak lubicie spędzać poranki gdy macie trochę więcej czasu?  Macie bardziej kreatywne zajęcia niż ja? ;)

Pozdrawiam
Ania

Dzień z Lacibios Femina

Zdrowie intymne jest dla każdej z nas bardzo ważne i myślę, że każdej kobiecie zależy na tym aby nie dopuścić do rozwoju infekcji. Osobiście nigdy nie miałam żadnych niemiłych "przebojów" na tle układu moczowo-płciowego jednakże po wielu rozmowach z koleżankami, pacjentkami w aptece wiem, że nie są to miłe chwile. 

Produktem, bez którego nie wyobrażam sobie swojej codziennej "pielęgnacji" jest płyn do higieny intymnej. Tak jak widzieliście w ostatnim projekcie denko, wykończyłam płyn firmy AA i zastąpiłam go produktem LaciBios femina seria protecta (jest jeszcze jeden dedykowany kobietom w ciąży). Po pierwsze muszę powiedzieć, że zarówno zapach jak i konsystencja są bardzo przyjemne. Płyn nie jest zbyt wodnisty a zapach jest delikatny, powiedziałabym adekwatny dla tego typu produktów. Produkt faktycznie pozostawia uczucie świeżości i komfortu. Czy łagodzi podrażnienia? Chyba przeciętnie. Producent deklaruje, że płyn  do higieny intymnej LaciBios femina ma pH 3,5 i osobiście mam nadzieję, że nie jest to bujda. Czemu? Gdyż takie pH zabezpiecza nas przed ewentualnym atakiem "wrogich mikrobów". Nie wiem czy wiecie ale wszystkie mydła (również płynne czy żele pod prysznic)  mają pH zasadowe i dlatego karygodnym błędem jest stosowanie zwykłych żeli/mydeł do higieny intymnej. Można zrobić sobie spore kuku na własne życzenie. Reasumując, muszę przyznać, że produkt spodobał mi się i to strasznie! Jest bardzo delikatny, nie podrażnia, nie uczula a swoje zadanie spełnia wzorowo. Jako, że jest to również produkt apteczny jakoś bardziej wierzę w to, że jego pH faktycznie jest tak niskie. (pojadę do domu i przebadam go papierkiem lakmusowym ;) )
Kolejnym produktem firmy LaciBios femina, który miałam okazję wypróbować jest "żel do codziennej pielęgnacji skóry okolic intymnych". Produkt znajduje się w małej, plastikowej tubce. Żel ma bardzo lekką i co ważne nie lepiącą się konsystencję. Jest to produkt bezzapachowy. Wskazania do stosowania preparatu to przede wszystkim suchość okolic intymnych, podrażnienia czy tendencja do nawracających zakażeń układu moczowo-płciowego. Żel ma pH 4,5 dzięki czemu  pomaga zapobiegać infekcjom. Przyznam szczerze, że osobiście zbierałam się do niego jak pies do jeża...bo akurat nie mam takich problemów i wydawało mi się, że jest to kosmetyk- dla mnie-zbędny. Dziś muszę powiedzieć, że nieco zmieniłam zdanie. Przede wszystkim zauważyłam różnicę w takim "codziennym komforcie". Czy faktycznie łagodzi podrażnienia- niestety nie odpowiem Wam na to pytanie, gdyż jeszcze raz podkreślę, że nie mam takich problemow.
Probiotyk ginekologiczny to nie to samo co zwykły probiotyk stosowany w np. przy antybiotykach. Ostatnio do apteki zawitała Pani, która chciała jeden preparat ale żeby zadziałał "tu i tu". Moje drogie, niestety ale tak się nie da, głównie ze względu na składy preparatów. Probiotyk ginekologiczny LaciBios femina jest preparatem zawierającym dwa szczepy bakterii, mianowicie liofilizowane Lactobacillus rhamnosus GR-1, Lactobacillus reuteh RC-14. Jest to preparat doustny, który należy przechowywać w lodówce. 
Jak działa LaciBios femina?
Probiotyczne szczepy zawarte w preparacie wywierają korzystny wpływ na "czystość mikrobiologiczną" układu moczowo-płciowego, regulują również pH pochwy, które jak wiemy powinno być kwaśne. To właśnie kwaśne pH zapobiega kolonizacji okolic intymnych przez bakterie i grzyby chorobotwórcze. LaciBios femina polecam przede wszystkim tym z Was, które przyjmują antybiotyki czy leki przeciwgrzybicze. Kolejnymi wskazaniami do stosowania probiotyków ginekologicznych, o których większość kobiet zapomina, jest stosowanie antykoncepcji hormonalnej, aktywność seksualna czy chociażby korzystanie z basenów. Uwierzcie mi, że o zdrowie intymne warto zadbać "za wczasu" bo zawsze łatwiej jest zapobiegać niż leczyć!

Na koniec dodam kilka moich refleksji. Przede wszystkim było mi ciężko zabrać się za napisanie owych recenzji, gdyż nie ma co ukrywać jest to temat wstydliwy, o którym w naszym kraju mówi się bardzo mało...szczególnie wśród młodych kobiet. Pamiętam jak kiedyś słuchałam rozmowy świeżo upieczonych lekarzy, z których jeden zdecydował się na ginekologię. Byłam w szoku, gdy opowiadał, że najgorsze pod względem higieny są młode dziewczyny...pozostawię to bez komentarza. Wiecie taka dygresja.
Tak więc Drogie Panie! Dbajcie o każdy aspekt swojej kobiecości :) Ja osobiście bardzo chętnie polecam pacjentkom preparaty LaciBios femina, ceny nie są przerażające a jakość produktów jest bardzo dobra.

No to sprzątamy pokój, czyli denko grudzień/styczeń 2013/2014

Sobotnie sprzątanie doprowadziło do wielu spięć na tle "po co ty to trzymasz" tak więc oto dziś przygotowałam dla Was post w stylu "denko". 


W ostatnim czasie udało mi się wykończyć malinowy szampon do włosów Balea, który powinien trafić do kategorii anty-ulubieńcy. Szampon przyniósł mi więcej krzywdy niż pożytku, włosy się po nim kompletnie nie układały, uległy kompletnemu przesuszeniu i pokruszeniu. Balea nie dawała moim włosom długotrwałej świeżości- wręcz przeciwnie, głowę musiałam myć codziennie co w połączeniu z suszeniem nie rokowalo dobrze.
Kolejnym szamponem, który wykończyłam był produkt marki So Bio etic, który otrzymałam w ramach współpracy od sklepu internetowego Lavendic.pl . Wybrałam sobie wersję regenerującą z olejkiem argnaowym, która polecana jest do włosów suchych i zniszczonych. Szampon okazał się strzałem w dziesiątkę! Świetnie wygładzał ale nie obciążał; moje włosy nie wywijały się we wszystkie strony świata, były ładnie zdyscyplinowane, miękkie- idealne w dotyku!
Z produktów do stylizacji udało mi się skończyć lakier firmy Nivea- wersja dodająca objętości. Cóż, powiem tak- jeśli oczekujecie mocnego utrwalenia to niestety nie tędy droga ;) Jak dla mnie jest to przeciętniak, który nie zrobi nam z włosów mego posklejanego kasku. Moje włosy trzymał w ryzach do pierwszego mocniejszego podmuchu wilgotnego powietrza, później końcówki zaczynały się wykręcać. 
Podczas stosowania szamponu Balea w połączeniu z maską Biovax proteiny mleka moje włosy były tak wysuszone, że postanowiłam wprowadzić do mojej pielęgnacji jakiś preparat z silikonami- wybór padł na "odżywkę" w sprayu firmy Biosilk, która ułatwiała rozczesywanie a dodatkowo chroniła moje końcówki podczas suszenia. Czy ją lubiłam? Tak, uważam, że jest to całkiem przyjemny produkt.


Wśród "zdenkowanych" znalazł się jeden z moich ulubionych żeli pod prysznic Nivea Free time o bardzo orzeźwiającym zapachu. Osobiście bardzo lubię żele pod prysznic, która mają konsystencję kremową/mleczną a moimi bezapelacyjnymi ulubieńcami są produkty Dove ;)
Kolejnym produktem pod prysznic, który zużyłam jest peeling myjący firmy Joanna Natura. Szczerze powiedziawszy zabierałam się do niego jak pies do jeża, gdyż wydał mi się mało zachęcający. Zdanie zmieniłam już po pierwszym użyciu i uważam, że jak za cenę około 5 zł jest to peeling fenomenalny. Dobrze usuwał martwy naskórek jednak bez przesadnego "drapania", którego nie lubię. Skóra była po nim idealnie gładka i przyjemna w dotyku. Co ważne Joanna Natura nie zostawia na skórze obrzydliwie tłustej, parafinowej powłoczki, której osobiście nie cierpię! Produkt nie spowodował u mnie "zapchania" i wysypu nieprzyjaciół, który towarzyszył mi podczas stosowania peelingu Perfecty. Peeling, który miałam przyjemność stosować miał zapach waniliowy- bardzo ładny.
Po długim czasie użytkowania zużyłam również żel do higieny intymnej AA IntymnaPro. Mnie produkty tego typu wystarczają na bardzo długi czas natomiast żel AA pobił wszystko, dlatego śmiało mogę powiedzieć, że jest niesamowicie wydajny. Nie powodował u mnie podrażnień, dobrze wykonywał powierzone mu zadanie. Nie mam mu nic do zarzucenia- produkt warty uwagi.




Wśród preparatów do pielęgnacji twarzy wykończyłam trzy produkty. Pierwszym jest płyn micelarny BeBeauty z Biedronki....który w moim odczuciu nie jest żadnym fenomenem. Owszem bardzo poprawnie zmywa makijaż (oprócz produktów wodoodpornych) jednak przy okazji szczypie mnie w oczy. Taki przeciętniaczek, myślę, że może jeszcze kiedyś się na niego skuszę....gdy będę cierpieć na "niedobory finansowe" ;)
Pharmaceris T krem peelingujący z 5% kwasem migdałowym to kolejny produkt, który trafił do projektu denko. Dziś napiszę jedynie, że bardzo go lubiłam...więcej szczegółów wkrótce :)
IVR to marka kosmetyków, która poznałam dzięki spotkaniu bloggerek w Zamościu. Mam przygotowaną już pełną recenzje ich produktów i jak tylko uda mi się zrobić jakieś sensowne i ładne zdjęcia będziecie mogły sobie o nich poczytać nieco więcej. Dziś powiem Wam tylko tyle, że maseczka oczyszczająca z glinką sprawdziła się u mnie bardzo poprawnie...jednak muszę Was uprzedzić- jest to produkt dość "mocny" ;)




W ubiegłych miesiącach zużyłam pokaźną ilość próbek, najbardziej do gustu przypadły mi produkty Klorane z serii odżywczej, czyli zawierającej w swym składzie masło mango. Oj żałuję, że nie kupiłam promocyjnego zestawu świątecznego! Moje włosy były po szamponie i odżywce idealne! Takie o jakich zawsze marzyłam- lekkie a jednocześnie pięknie wygładzone, lśniące, końce się nie wywijały a na drugi dzień nie musiałam ich myć czy wiązać w kucyk bo ładnie się układały! Jeśli spotkam w promocji kupię na 100%!
Jak widzicie wypróbowałam również krem La-Roche Posay Nutritic intense rich, czyli produkt do cery suchej i bardzo suchej....uwaga jestem posiadaczką cery mieszanej i stosuje owy krem na dzień....i jestem nim zachwycona! Krem poleciła mi koleżanka z pracy, której wiedza i obeznanie w tematach cały czas budzi mój podziw. Czemu Nutritic intens riche- no w końcu zima czyha i kiedyś w końcu przyjdzie ;) Powiecie- co ona może wiedzieć po zużyciu próbki. Otóż mogę, gdyż koleżanka przyniosła mi tak z 10 saszetek, każda po 2 ml....czyli 20 ml kremu a pełnowymiarowe opakowanie zawiera 50 ml ;) Krem jest do tego stopnia fenomenalny, że myślę bardzo poważnie o zakupie pełnowymiarowego opakowania. Jak dla mnie ideał! Nie zawiera parafiny więc bez obaw- nie zapcha Was :) 



Wśród kosmetyków kolorowych do kosza trafił podkład Bourjois Healthy mix serum i lakier do paznokci Inglot, o których już kiedyś pisałam, więc nie będę się dublować. Powiem tylko tyle, że są to produkty bardzo wydajne, która mają swoje wady i zalety, jak dla mnie podkład okazał się przeciętny i myślę, że więcej do niego nie wrócę. Co do lakierów Inglot- mam do nich słabość i tyle! Uwielbiam ich kolory :)



Na zakończenie chcę Wam pokazać bubel, przez duże B! Kajal otrzymałam na spotkaniu bloggerek w Kazimierzu i od tego czasu "użyłam" a raczej próbowałam użyć 2 razy (wiecie, żeby nie było dałam mu kolejna szansę ) i obie próby okazały się ogromną porażką. Oczy zmywałam szybciej niż pomalowałam gdyż efekt był paskudny! Grudki, zbieranie się w kącikach, wypływanie na rzęsy i na "gałkę oczną"...masakra. Poza tym oczy zaczęły mnie dziwnie piec więc zmyłam go czym prędzej :/ Oglądałam również fily Aliny "jak nakładać khajal" i nic. Jak dla mnie mój khajal był paskudnym, grudkowatym czymś, na dodatek (na zdjęciu widać) metalowe opakowanie było dziwnie lepie i śliskie- otóż zawarte w preparacie masło (chyba) shea "wyciekło". Nie wiem, może tylko mój egzemplarz okazał się taka pomyłką :/


Ufff....przebrnęłam ;)
I jak? Znacie pokazane przeze mnie produkty? Co sądzicie o "Kajal-u" ? Czy Wasze doświadczenia z tego typu kosmetykiem są tak negatywne jak moje??

Lecę się szykować do apteki :)
Pozdrawiam Ania.

Mój ulubiony makijaż do pracy

Ostatnio stwierdziłam, że moje makijaże są w większości dość monotematyczne. Tak, znowu oko w brązach. Obiecuję poprawę a tymczasem pędzę do apteki, którą już zwykłam nazywać "pracą". Dlaczego piszę w ""? Jak wiecie jestem na stażu więc tak naprawdę nie zarobiłam jeszcze ani grosza ;) 


Makijaż jest bardzo prosty i w większości wykonany paletką Hean Hot Chocolate oraz Sleek Au Naturell, na ustach mam połączenie, które ostatnio noszę praktycznie codziennie- pomadka MAC Creme Cup oraz błyszczyk MAC Fashion Scroop. Policzki- jak chyba codziennie- The Balm DownBoy.

Miłego dnia!
Ania

DLA mnie idealny! Niszcz pryszcz krem na dzień

Czas pędzi nieubłaganie a krem goni krem ;) Ostatnio stwierdziłam, że wyjątkowo szybko- jak na mnie- zużywam kremy do twarzy. Dziś przygotowałam recenzję kremu do twarzy o zabawnej a jednocześnie konkretnej nazwie Niszcz pryszcz na dzień firmy DLA.


Krem zamknięty jest w zgrabnym, 30 g opakowaniu, które zaopatrzone jest w bardzo precyzyjny dozownik. Szata graficzna jest co prawda minimalistyczna, jednak uważam, że przywodzi na myśl czystość i schludność. Warto również dodać, że krem jest bardzo dobrze opisany, tak naprawdę znajdziemy tu wszystkie interesujące nas informacje. Uwierzcie mi, że konsystencja jest bardzo przyjemna. Krem jest co prawda dość gęsty i treściwy jednak bardzo dobrze się rozsmarowuje oraz równie dobrze i szybko wchłania. Niszcz pryszcz pozostawia na skórze delikatną warstwę ochronną,jednak nie musicie się martwić- nie będzie tłusto :) Zaraz po zastosowaniu skóra jest gładka, aksamitna...ogólnie bardzo przyjemna w dotyku. Niszcz pryszcz na dzień pozwala na szybkie...ba! ekspresowe nałożenie podkładu, który trzyma się na nim bardzo poprawnie. 


Działanie jest świetne, osobiście jestem z niego bardzo zadowolona. Po pierwsze krem porządnie nawilża skórę i przynosi szybki efekt ukojenia. Pory są faktycznie zminimalizowane a wypryski- dzięki zawartości odwaru z wierzby białej, alantoiny i krwawnika- szybciej się goją. Co do efektu matowienia powiem tak, jeśli któraś z Was próbowała np. Effaclar Mat po Niszcz pryszcz na dzień będzie rozczarowana, jednak patrząc na składy obu kremów zobaczycie, że Niszcz Pryszcz jest zdecydowanie bardziej naturalny. Cóż nie można mieć wszystkiego. Skład moim zdaniem jest bardzo sensowny, jeśli nie macie alergii na parabeny, możecie po niego śmiało sięgnąć...swoją drogą czy w globalnej nagonce ktoś wspomniał, że parabeny są jednymi z bezpieczniejszych a na pewno najlepiej przebadanych konserwantów? Wracając do tematu. W Niszcz pryszcz na dzień znajdziemy ekstrakt z wierzby białej, krwawnika olej jojoba, ogórecznika, kaolin, alantoinę, pantenol oraz wit.C. Moim zdaniem składniki czynne dobrane są racjonalnie dzięki czemu tworzą spójną całość, która idealnie wpasowuje się w potrzeby skóry tłustej i mieszanej.


Podsumowując, uważam że jest to bardzo dobry produkt, którym faktycznie warto się zainteresować. Przemawiają za tym przede wszystkim niesamowicie przyjemna konsystencja, orzeźwiający zapach oraz działanie, o którym wspominałam wcześniej. Krem nie przesusza, pielęgnuje i zapobiega powstawaniu wyprysków. Ja jestem jak najbardziej na TAK!