O mojej przygodznie z Macrovitą- Olivelia, nawilżający krem pod oczy z bio-składnikami

Jeszcze kilka miesięcy temu nie mogłam zrozumieć fenomenu kosmetyków naturalnych. Sądziłam, że jest to kolejny wymysł koncernów czy ekologów przewrażliwionych na punkcie wszystkiego co "nienaturalne" ;) Dziś moje podejście zmieniło się- mogę śmiało powiedzieć, że diametralnie. Lubię kosmetyki jak i dermokosmetyki zawierające naturalne składniki. Kolejnym przystankiem w odkrywaniu sekretów naturalnego piękna jest nawilżający krem pod oczy z bio-składnikami firmy MacrovitaPrzyznam szczerze, że jest to mój pierwszy kontakt z produktami firmy Macrovita, o której więcej możecie poczytać <TU>


Krem przybył do mnie ładnych kilka tygodni temu w dość dobrze zabezpieczonej paczce. Nie wiem jak Wy, ale ja zawsze zwracam na to uwagę, gdyż uważam, że producent powinien szanować swoich klientów i postarać się aby produkt dotarł w stanie względnie nienaruszonym. Sam kosmetyk zapakowany jest w kartonik o milej dla oka szacie graficznej. Na plus zaliczam również pokaźny i czytelny opis produktu w języku polskim. Kolejną kwestią jest skład kremu, znajdziemy tu wiele ekstraktów i olejów roślinnych czy skwalan. Moje doświadczenia z kosmetykami naturalnymi/ekologicznymi pokazują, że często produkty te mają zapach, który mnie nie do końca odpowiada...nie chcąc powiedzieć, że zupełnie mi nie odpowiada. Tu sytuacja jest zupełnie inna, krem nie ma jako takiego zapachu- z czego strasznie się cieszę. 

Konsystencja kremu jest genialna, lekka, aksamitna i łatwa w rozsmarowywaniu. Po niemiłych doświadczeniach z Flos-lekiem Olivelia była dla mnie zbawieniem, głównie ze względu na to, że nie pozostawia tłustej i lepkiej warstwy. Produkt firmy Macrovita idealnie współpracuje z moim podkładem/korektorem co wynika z jego formuły. Otóż krem wchłania się błyskawicznie a przy tym pozostawia bardzo przyjemne uczucie gładkości. Skóra staje się przyjemnie ukojona i faktycznie nawilżona- po jakiś 2-3 tygodniach stosowania zauważyłam ewidentny wzrost napięcia i turgoru skóry wokół oczu. Kolejnym plusem jest również wydajność- już niewielka ilość kremu pozwoli na dokładne pokrycie okolic oka. 
Na zakończenie wspomnę również o kilku aspektach typowo technicznych. Produkt zamknięty jest w bardzo wygodnej i poręcznej buteleczce, która jak widzicie zaopatrzona jest w pompkę typu air-less. Tu moja uwaga- jest to najwygodniejsza pompka z jaką miałam styczność (w przypadku kremów pod oczu). Dlaczego? Otóż ma stosunkowo wąski otwór, dzięki czemu dozujemy idealną dla nas ilość produktu. Tak Moja Drogi, MAC i jego Pro-longwear concealer może się schować z jego beznadziejnym aplikatorem.


Podsumowując, muszę przyznać, że jest to jeden z najlepszych kremów pod oczy jaki miałam okazję przetestować. Tak jak pisałam wyżej, Olivelia odpowiada mi pod wieloma względami. Lubie jej konsystencję, szybkość wchłaniania i działanie- dobre nawilżanie bez paskudnie lepkiej warstwy. Jest to idealny krem na pierwsze zmarszczki, ładnie nawilża, dobrze współgra z podkładem/korektorem no i jeszcze bardzo wygodny aplikator. Cenowo nie wychodzi tak źle gdyż za 30 ml faktycznie dobrego i wydajnego kremu płacimy 58 zł. Czego chcieć więcej?
Serdecznie polecam!

Leniwa niedziela...to najlepsza niedziela :)

Wczorajszy dzień minął mi pod znakiem blogerskiego spotkania w Zamościu. Do domu dotarłam cała, zdrowa...i zmęczona ;) Myślę, że wszystkie dziewczyny się ze mną zgodzą- atmosfera była genialna, chyba z każdym spotkaniem poznajemy się coraz lepiej :) W związku ze zmiana czasu wstałam dziś o 8 zjadłam śniadanie, wypiłam kawkę...cofnęłam zegar i okazało się, że znowu jest 8 :) W związku z nadmiarem czasu zrobiłam włosy, twarz i jestem gotowa na wcześniejsze wyjście do kościoła :)




Jak się Wam podoba? Mój K. chyba najbardziej lubi mnie własnie w takim delikatnym, subtelnym i chyba troszkę romantycznym makijażu :) Zgadzam się tu z Picolą. W sumie i ja lubię się w takim delikatnym wydaniu.

Udanej niedzieli!


Przegląd i szybki ranking moich podkładów

Od bardzo długiego czasu nie mogłam się zabrać za napisanie tego posta-albo wracam późno i nie mam szans na zrobienie dobrych zdjęć albo nie mam dostępu do internetu. I tak w kółko :/ Przy okazji piątkowego popołudnia postanowiłam nadrobić nieco blogowe zaległości i przysiadłam do pisania. Osobiście bardzo lubię czytać wpisy porównawcze, czy to podkładów, cieni czy kremów, dlatego dziś i ja zapraszam Was na małe rozeznanie w moich podkładach.


KremIdealny.pl ; Produkt o dość abstrakcyjnej nazwie "Pigmenty" (nie wiem czy odmieniać czy tez nie). Zdecydowanie nie jest to typowy podkład a raczej nieco transparentny produkt tonujący, wyrównujący koloryt i pięknie odbijający światło. Jeśli liczycie na mocne krycie, niestety nie tędy droga. Wiem, że niektóre dziewczyny nie były z niego zadowolone, jednak mnie całkowicie odpowiadał. Lekka, nieco żelowa konsystencja, która świetnie się aplikuje oraz wchłania sprawia, że jego stosowanie to czysta przyjemność. Produkt pięknie dopasowuje się do (mojej) karnacji, nie daje efektu maski, nie wchodzi w załamania i nie podkreśla porów. Jest to kosmetyk o wielorakim zastosowaniu, gdyż można go używać pod tradycyjny podkład jako bazę rozświetlającą. Pigment okazał się dość wydajny, szkoda strasznie, że z dniem dzisiejszym trafił do projektu "denko" ;)


Clinique superbalanced; odcień 01 petal
Podkład kupiony jakoś przed sylwestrem...jednak stosowany średnio od marca. Czemu? Mam taką przypadłość, że szkoda mi napoczynać nowych, droższych kosmetyków. Jestem kobietą, moje kosmetyczne zachowania nie zawsze są przemyślane ;) Wracając do tematu. Podkład sprawuje się u mnie naprawdę bardzo dobrze, nie zapycha i nie podkreśla porów czy suchych skórek. Clinique superbalanced lubię również za umiarkowane krycie i wykończenie bez efektu maski. Trwałość jest dość przeciętna, jednak lepsza niż w przypadku Vichy aera tein pure. Podkład ma też swoje wady, przede wszystkim brak pompki, co strasznie mnie dziwi, tym bardziej, że podkład do tanich nie należy. Trzeba się bardzo pilnować przy nalewaniu produktu na rękę. Kolejny problem to kolor....troszkę z dupy :/ Światło w Sephorze jakie jest wszystkie wiemy, albo ja mam coś z oczami albo "w realu" wygląda na ciemniejszy. Swoją drogą czy producent mógłby pomyśleć o osobach z mega jasną karnacją?  Mimo, że podkład ładnie współgra z moją cerą nie mogę go stosować tęgą zimą bo jest nieco za ciemny i jednak widać jak się odznacza.


Bourjois healthy mix serum; odcień 51 
Ultra lekki podkład do twarzy- tak twierdzi producent i ja się z tym zgadzam :) Ze wszystkich podkładów Bourjois ma najbardziej treściwą konsystencję. W moim odczuciu jest on nieco oporny w rozprowadzaniu na twarzy, w porównaniu do poprzedników dość szybko "wysycha" na dłoni przez co na pojedynczą aplikację zużywałam go nieco więcej niż się spodziewałam. Wykończenie nie do końca mi odpowiadało, jakoś czułam go na sobie, widziałam na twarzy. Podkład słabo matuje i niestety ale nie utrzymuje się na twarzy jakoś zawrotnie długo. Healthy mix muszę pochwalić za paletę kolorystyczną, jest to podkład który stosowałam całą zimę gdyż kolor był genialny. Na plus trzeba zaliczyć również piękny owocowy zapach oraz fakt, że produkt wiele nam wybaczy- suche skórki czy zmarszczki. Podkład podobnie jak Pigmenty wędruje do projektu "denko"...i myślę, że tam już pozostanie. Za cenę około 40 zł nie skusze się na niego ponownie.


VICHY Aera Tein Pure, odcień 23 ivory
Podkład firmy Vichy jest ze mną już ładny rok...i podejrzewam, że wystarczy mi na kolejny sezon. Mój kolor to 23 clair ivory, który niestety ale zimą jest dla mnie zdecydowanie za ciemny...nie- za "ciepły". Produkt cały czas zadziwia mnie swoja wydajnością oraz formułą, gdyż potrafi naprawdę wiele wybaczyć- suche skórki, rozszerzone pory, brak wprawy we władaniu pędzlem;) Niewątpliwym plusem jest również fakt, iż nie musimy się spieszyć z rozprowadzeniem go na twarzy, gdyż po wyciśnięciu na dłoń długo pozostaje płynny. Po aplikacji wystarczy odczekać chwilkę, w  tym czasie podkład "zgra" się z cerą i nie pozostawi efektu maski. Krycie jest średnie jednak moje potrzeby zaspokaja gdyż osobiście nie lubię  i nie potrzebuję podkładów mocno kryjących. Odstraszać może zapach, gdyż ewidentnie czuć alkohol. Kolejny minus to trwałość, gdyż na dzień dzisiejszy widzę, że podkład dość szybko spływa z twarzy. Co do efektu matowienia, no cóż- średnio. Początkowo byłam nim oczarowana, gdyż marzyłam o nim dniami i nocami, jednak na dzień dzisiejszy patrzę na sprawę obiektywnie i muszę powiedzieć, że podkład w tej kwestii wypada dość blado. Na koniec dodam, że straszny z niego flejtuch- co widać na zdjęciu ;)

1-pigmenty; 2-Clinique; 3-Bourjois; 4-Vichy aera tein pure

Tu możecie porównać kolory, bezapelacyjnie najlepszy dla mojej karnacji (szczególnie zimą) jest Bourjois. Na zakończenie warto powiedzieć, który produkt lubię najbardziej...zdecydowanie Clinique. Mimo kilku wad spełnia swoja funkcję bardzo dobrze...szkoda, że nie mogę napisać wzorowo ;)

Jaki jest Wasz ulubiony podkład- szczególnie do cery mieszanej :)

Tymiankowa rozkosz od Sylveco

Zapach. Kwestia zawsze dyskusyjna i jak na mój nos dość względna. Mój ulubiony zapach to przede wszystkim świeżo parzona, poranna kawa...którą własnie popijam patrząc na piękne słonko (oby więcej takich dni). Inne zapachy? Uwielbiam zioła, bazylię, oregano, tymianek czy rozmaryn...kuchnia bez nich jest pusta i jałowa. A co z kosmetykami? Nie będę ukrywać, że osobiście średnio przepadam za mocno naperfumowanymi, słodkimi i duszącymi zapachami. Na produkt do mycia twarzy firmy Sylveco miałam ochotę od dłuższego czasu. Tymiankowy żel do mycia twarzy Sylveco, wpadł w moje ręce dzięki uprzejmości sklepu internetowego Lavendic.pl ,który jak łatwo się zorientować stawia nacisk na kosmetyki naturalne i ekologiczne.


Żel do mycia twarzy znajduje się w bardzo poręcznej....i strasznie przyjemnej w dotyku buteleczce, która dodatkowo zaopatrzona jest w pompkę. Powiem Wam, że ja chyba intuicyjnie wybieram tego typu produkty właśnie w opakowaniach z pompką. Jest to rozwiązanie praktyczne, higieniczne i wydajne, gdyż dozujemy odpowiednia ilość produktu. Szata graficzna jest typowa dla produktów Sylveco,  nie jest nachalna, czytelna i schludna.


Tak jak wspominałam, za pomocą pompki dozujemy odpowiednia ilość produktu...a wierzcie mi, że jest on bardzo wydajny. Żel pieni się słabo, jednak jest to logiczne gdyż zawiera mało substancji spieniających. Powiem Wam, że po nietrafionym żelu Flos-leku (który pienił się jak szalony a piana nie była łatwa do zmycia) odetchnęłam z ulgą i brak piany kompletnie mi nie przeszkadzał. Kwestia, która mnie zauroczyła od pierwszego użycia to bajeczny zapach! Woń tymianku rozprzestrzeniła się po całej mojej małej łazieneczce. Nie jest ona dusząca i nie utrzymuje się na twarzy w jakiś szalony sposób ale daje nam poczucie czystości, świeżości i jakąś taką rześkość. Świetna sprawa!


Działanie jest jak najbardziej poprawne, żel tymiankowy od Sylveco świetnie domywał makijaż, oczyszczał skórę a co ważne nie pozostawiał znaczącego uczucia ściągnięcia czy suchości skóry. Skład żelu jest stosunkowo krótki a jednocześnie treściwy. Znajdziemy to glicerynę, ekstrakt z tymianku (działanie antyseptyczne, oczyszczające, ściągające, przeciwzapalne), pantenol (działa łagodząco), kwas jabłkowy (działanie rozjaśniające) oraz olejek tymiankowy (zapach oraz wzmacnianie działania ekstraktu tymiankowego), jako substancję konserwującą zastosowano benzoesan sodu. Czy zauważyłam działanie rozjaśniające- raczej nie ale powiem Wam, że tuż po umyciu buzia była ładnie rozpromieniona, gładka i bardzo przyjemna w dotyku ;) Moim zdaniem od rozjaśniania przebarwień są odpowiednie kremy czy zabiegi w gabinetach kosmetycznych a żel może być jedynie wspomaganiem. Na zakończenie dodam, że jest to produkt hypoalergiczny, przebadany dermatologicznie a bajeczny zapach jest wynikiem zawartości olejku tymiankowego.


Muszę przyznać, że żel tymiankowy okazał się świetnym, naturalnym produktem. Nie podrażnia, nie wysusza, dobrze oczyszcza twarz a przy tym bajecznie pachnie :) Produkt będzie odpowiedni zarówno dla osób o skórze tłustej/mieszanej jak i wrażliwej, skłonnej do podrażnień czy z problemem naczynkowym. Polecam serdecznie, warto zainwestować. Na stronie Lavendic.pl żel dostępny jest w cenie 17,00 zł. Biorąc pod uwagę skład, działanie oraz wydajność uważam cenę za adekwatną.

Wyniki urodzinowego konkursu :)

I nadszedł dzień, na który czekałyście...zapewne z niecierpliwością ;) Na początku, chcę Wam podziękować za tak liczny udział w konkursie, gdyż zgłosiło się aż 177 osób. Przyznam, że przeczytanie i wybranie trzech odpowiedzi, które najbardziej mnie poruszyły, było zadaniem trudnym. Wierzcie mi, że miałam duży orzech do zgryzienia... Długo się zastanawiałam i wybrałam...
Pierwsze miejsce i główna nagrodę otrzymuje...

majkaa90


Dwie nagrody pocieszenia wędrują do:

Paulina J


Vejjs


Dziewczyny, już zabieram się za pisanie do was wiadomości. Na odpowiedź czekam 3 dni; po tym czasie wybieram kolejne osoby.

Tym z Was, którym się nie poszczęściło obiecuję kolejne rozdanie- już niebawem, tym razem typowo losowe....leń ze mnie :P




Jesienny fiolet i oliwka- zielona herbata od NeoNail

Dawno temu, podczas spotkania bloggerek w Chełmie w moje ręce wpadł zestaw kosmetyków do paznokci firmy NeoNail. W skład zestawu wchodził lakier, oliwka oraz fikuśne naklejki ;) Przyznam, że przed spotkaniem nie miałam bladego pojęcia o istnieniu takowej firmy. Jeśli macie ochotę przejrzeć asortyment sklepu, zapraszam do odwiedzenia strony internetowej NeoNail.
Przechodząc do sedna.

Na początku muszę Wam powiedzieć, że zupełnie nie mogłam się zebrać do malowania paznokci owym lakierem. Kolor jak i buteleczka wydały mi się kompletnie niezachęcające. Lakier, który przypadł mi w udziale, pozbawiony jest drobinek; określiłabym go jako lakier "matowy". Kolor...no właśnie. Osobiście bardzo lubię fiolety, jednak ten jakoś nie specjalnie do mnie przemawia, ma w sobie niebieskawe pigmenty przez co jakoś słabo zgrywa się z kolorem moich dłoni. Może przekonam się do niego korzystając z uroków jesieni ;)
Lakier ma jak na mój gust słabą pigmentację, o zakończeniu malowania paznokci po pierwszej warstwie możecie zapomnieć. Przebija i smuży okropnie. Po nałożeniu drugiej warstwy otrzymujemy właściwy kolor. Plus za konsystencję, szybkość wysychania zarówno pierwszej jak i drugiej warstwy oraz stosunkowo wygodny pędzelek. Trwałość lakieru jest przeciętna, po około dwóch dniach ściera się na końcach. Warto dodać, że lakier firmy Neo Nail dość długo utrzymuje "świeżość", czyli nie gęstnieje za szybko.

Co do oliwki do skórek  "herbata", muszę powiedzieć, że wyglądała zachęcająco. Lekko zabarwiona na zielono, z pływającym w środku rozkosznym kwiatuszkiem, no i jeszcze ten przyjemny, cytrusowy zapach...bajka. Problem zaczął się właściwie po pierwszym użyciu i po dziś dzień oliwka jakoś nie przypadła mi do gustu, głównie przez to, że powodowała u mnie dziwne uczucie- mrowienia? Generalnie czułam dyskomfort; coś było nie tak. Dodatkowo muszę powiedzieć, że stosowanie jej nie należało do najpraktyczniejszych, głównie ze względu na dość rzadką konsystencję. Oliwka płynie po palcach i oblepia wszystko czego dotkniemy zaczynając od klawiatury po spodnie. Osobiście wolę inne metody odżywania skórek wokół paznokci- oliwa z oliwek lub "masełko" w słoiczku 2*5 (albo odwrotnie; firmy, która produkuje balsam do ust Tisane)



Amie pure & natural beauty, czyli maseczkowego zawrotu głowy ciąg dalszy

Moja maseczkowa obsesja trwa w najlepsze. Ostatnio postanowiłam wypróbować produkt, który dawno temu dołączony był do głównej wygranej w jednym z blogowych konkursów, który miałam szczęście wygrać :) Amie pure & natural beauty- oczyszczająca maska do twarzy.


Produkt zamknięty jest w ślicznej, radosnej i wyjątkowo przyjemnej w dotyku saszetce, po otwarciu której w nozdrza uderza dość przyjemny, miętowy zapach. Maseczka jest bardzo gęsta i słabo się rozsmarowuje co niekorzystnie wpływa na jej wydajność. Patrząc na dość pokaźnych rozmiarów saszetkę sądziłam, że maseczka wystarczy mi na minimum dwa użycia, niestety po nałożeniu produktu na twarz w opakowaniu pozostała mi taka ilość maski, która nie wystarczyłaby na ponowne pokrycie nawet strefy T. Od razu po nałożeniu maski czuć przyjemne uczucie chłodzenia, następnie delikatne mrowienie aż w końcu czujemy ewidentne ściągnięcie i chłód. Zmywanie maski nie należało do najłatwiejszych (dobrze, że w akademiku mamy dość szerokie umywalki ;) ) jednak gdy już udało mi się usunąć ją z twarzy efekty były...bardzo dobre! Od razu widać było oczyszczenie i domknięcie porów, które stały się o niebo mniej widoczne. Co mnie zaskoczyło- efekt utrzymywał się przez kilka dni. Buzia była ładnie zmatowiona a koloryt wyrównany. Uważam, że mimo pewnych wda natury technicznej maseczka stanęła na wysokości zadania, szkoda nie widziałam jej nigdzie w naszym kraju.


Informacja (dla niecierpliwych) odnośnie wyników konkursu ;)

Dziewczyny! Na początku chcę Wam podziękować za tak liczny udział w konkursie, gdyż otrzymałam aż 171 zgłoszeń a co za tym idzie i odpowiedzi. Biorąc pod uwagę, że od rana załatwiam rożne sprawy, czytam i analizuję Wasze odpowiedzi- bardzo Was proszę nie poganiajcie mnie. Wiem, że nie możecie się już doczekać, ale uwierzcie mi, że decyzja nie jest łatwa a chcę wszystkie zgłoszenia dokładnie przeczytać...poza tym w regulaminie jest napisane jak wół, że wyniki zostaną ogłoszone do 4 dni od daty zakończenia konkursu, więc jeśli trwał on do północy 18.10.13 r to łatwo się zorientować, że najpóźniej koło wtorku ogłoszę zwycięzców ;) 

Buziaki i cierpliwości :)

Flos-Lek, eye care delikatny krem pod oczy; skóra wrażliwa

Patrząc na zdjęcia robione koło lipca/sierpnia myślę sobie, że muszę porządnie przysiąść do pisania recenzji ;) Cóż, cierpię ostatnio na chroniczny brak czasu, jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, gdyż macie przed sobą recenzję produktu, który został przetestowany w 200%. Mowa będzie o kremie firmy Flos-Lek; eye care, delikatny krem pod oczy.


Krem znajduje się w białej, dość zgrabnej tubce, która jednak ma kilka wad. Po pierwsze, nie odpowiadała mi zakrętka, z którą czasami musiałam się pobawić bo nie chciała się "poprawnie" zakręcać, szczególnie gdy zostało mi mało produktu. Kolejną rzeczą, która irytowała mnie przez cały czas stosowania to wklęsła "końcówka". Nie mam pojęcia kto wpadł na tak "genialny" pomysł, gdyż w zagłębieniu zawsze zostawało mi trochę produktu co jakoś mnie razi bo wiadomo, że bakterie lubią takie resztki :/ Osobiście jestem zwolenniczką aplikatorów typu air-less.


Konsystencja kremu jest wyjątkowo gęsta, lecz mimo to produkt dobrze się aplikuje i rozsmarowuje. Moim zdaniem stosunkowo gęsta formuła ma swoje plusy i minusa a wszystko zależy od naszych preferencji. Nie będę Was oszukiwać- krem zostawia delikatnie lepka warstwę, co latem było strasznie irytujące, aczkolwiek uważam, że w chłodniejsze miesiące nie byłoby to aż tak bardzo odczuwalne. Osobiście preferowałam stosować go na noc...gdyż miałam wrażenie, że w ciągu dnia szybciej "spływał" mi z okolicy oka korektor. Krem delikatnie natłuszcza wrażliwą okolicę oka i faktycznie koi podrażnienia po demakijażu. Jest to produkt bezzapachowy, dedykowany osobom ze skłonnościami do podrażnień czy alergii. Samo działanie oceniam na przeciętne, krem nawilża i natłuszcza, jednak dla osób z utrwalonymi zmarszczkami będzie zbyt "słaby". Mojej mamie nie odpowiadał, szczególnie przez to, że zostawiał lepką warstwę. Konsystencja i rozsmarowywalność bardzo pozytywnie wpływają na wydajność produktu, otóż 30 ml wystarczy Wam na bardzo, bardzo długo. Przyznam, że nie miałam jeszcze nigdy tak gęstego kremu pod oczy. Początkowo sądziłam, że produkt się nie sprawdzi, jednak dziś muszę powiedzieć, że nie było tak źle.


Podsumowując, uważam, że jest to całkiem przyzwoity produkt w bardzo zachęcającej cenie. Za 30 ml wydajnego kremu płacimy około 18 zł. Krem ma gęstą i dość treściwą konsystencje, przez co pozostawia lepką warstwę, która nie każdej będzie odpowiadała. Zdecydowanie krem spisze się jesienią/zimą natomiast ja kolejny raz w lecie się na niego nie skuszę. Komu polecam delikatny krem pod oczy firmy Flos-Lek? Osobom z suchą skórą oraz tym z Was, które nie mają większego problemu ze zmarszczkami, chcą nawilżyć i nieco natłuścić delikatna skórę pod oczami. 


From zero to hero...

Długo zastanawiałam się czy opublikować ten post...wiadomo, że każda kobieta chce czuć się piękna i zadbana. Mało której zależy na obnażaniu się bez makijażu. Część z Was zapewne zapyta- "czego ty właściwie od siebie chcesz", otóż przyzwyczaiłam się do siebie w makijażu. Tu złośliwe anonimki (buziaki) zapytają "gdzie ten makijaż?" ;). Wiele razy podkreślałam, że mój dzienny makijaż jest bardzo delikatny, tuszuję to co chcę ukryć, wyrównuję koloryt, delikatnie podkreślam oko, brwi i lecę do apteki. Poza tym czy widzieliście gdzieś farmaceutkę w wyzywającym makijażu? Istnieje trend schludności i tyle.


Jestem ciekawa jak wygląda Wasza poranna rutyna? Ile czasu poświęcacie na poranny make-up? Ja czasami wyrabiam się w 15 minut ;)

Pozytywne zaskoczenie; łagodny 2-fazowy płyn do demakijażu Bielenda awokado

Do płynów 2-fazowych nigdy nie miałam serca, powiem więcej raczej mnie odpychały niż przyciągały. Z tego też powodu nie kupuje kosmetyków wodoodpornych...ale że ostatnio w sklepach przeobrażam się w kreta, oczywiście kupiłam sobie wodoodporny tusz. Wszystko ładnie, pięknie...tylko czym to dziadostwo zmyć? Płynem micelarnym prędzej wytrę sobie dziurę do mózgu, natomiast płyn 2-fazowy z Flos-Leku (o którym wkrótce) wręcz mi oczy wypala. Zdesperowana pobiegłam do reala gdzie zaopatrzyłam się w łagodny płyn 2-fazowy do demakijażu oczu firmy Bielenda. Zdecydowałam się na wersję oczy wrażliwe; awokado, który okazał się bardzo trafionym produktem.


Płyn zamknięty jest w bardzo miłej dla oka, nieco fikuśnej buteleczce. Na uwagę zasługuje dość porządne zamknięcie, przyznam, że do otwarcia czy zamknięcia produktu potrzebuję nieco siły. Uważam, że każdy płyn powinien mieć solidne wieczko, żeby ograniczyć sobie stresu np. w podróży (wyleje się czy nie?). Płyn barwiony jest na zielono, co mnie kojarzy się z oczyszczaniem. Nie wiem czy zauważyłyście ale większość dermokosmetyków do pielęgnacji cery z niedoskonałościami oznaczona jest właśnie zielonym symbolem/elementem :) 
Łagodny 2-fazowy płyn do demakijażu Bielendy całkowicie mnie zaskoczył, jak wspominałam wcześniej bardzo pozytywnie. Fazy z łatwością się ze sobą mieszają i pozostają "połączone" przez- jak dla mnie- odpowiednio długi czas. Słyszałam opinie, że produkt szczypie w oczy- ja się absolutnie z tą opinią nie zgadzam. Mimo tego, że jestem wrażliwcem płyn 2-fazowy Bielendy nie powoduje u mnie żadnych nieprzyjemnych doznań. Swoją funkcję spełnia bardzo dobrze. Ładnie i bez tarcia zmywa wodoodporny tusz czy eyeliner, wystarczy nieco cierpliwości, kilka płatków i wszystko ślicznie schodzi. Płyn pozostawia delikatnie tłustą powłoczkę, jednak chyba wszystkie płyny 2-fazowe mają to do siebie. Ja zawsze po demakijażu myje twarz żelem, więc tłustawa warstewka nie jest dla mnie problemem.


Osobiście uważam, że łagodny płyn 2-fazowy do demakijażu oczu firmy Bielenda był dobrym zakupem. Nie zniszczył mojego budżetu, gdyż zapłaciłam za niego jakieś 8 zł (140 ml). Przyznam, że uzywam go okazjonalnie więc nie chcę się za dużo wypowiadać o wydajności, jednak na dzień dzisiejszy wiem, że starczy mi na długo ;) Polecam wypróbować, gdyż jest to faktycznie dobra inwestycja,

Pharmaceris T, intensywnie matujący krem do twarzy sebostatic matt

Jak chyba każda kobieta mam swoje ulubione marki kosmetyków zarówno pielęgnacyjnych jak i makijażowych. Są to produkty, po które zawsze chętnie sięgam, szczególnie gdy nie mam ochoty utopić pieniędzy w jakiś "magicznych" nowościach. Dermokosmetyki firmy Pharmaceris lubię i chyba nie zamierzam się z tym kryć. Dziś, korzystając z wolnej i słonecznej niedzieli, chcę Wam przedstawić intensywnie matujący krem do twarzy z serii Pharmaceris T, który bardzo przypadł mi do gustu.


Intensywnie matujący krem do twarzy z serii Pharmaceris T, zamknięty jest w charakterystycznym dla marki opakowaniu. Jest to podręczna, wygodna tubka zaopatrzona w pompkę typu air-less. Wiele razy podkreślałam, że taka forma dozownika jest moja ulubioną. Dzięki niej zachowujemy czystość mikrobiologiczną co z kolei przedłuża trwałość kosmetyku, na dodatek zużywamy krem do samego końca. Same plusy. Szata graficzna jest prosta, czytelna co mnie osobiście bardzo odpowiada. Konsystencja kremu jest wyjątkowo przyjemna, lekka, kremowo-żelowa. Krem dobrze się rozsmarowuje co korzystnie wpływa na wydajność. Już niewielka ilość produktu wystarczy na pokrycie całej twarzy. Sebostatic Matt nie pozostawia na twarzy tłustej czy lepkiej warstwy, powiem więcej- tuż po aplikacji widać jak buzia ulega zmatowieniu a efekt matu utrzymuje się ładnych kilka godzin (sprawdzałam bez podkładu). Warto dodać, że krem wchłania się bardzo szybko co jest szczególnie istotne rano, gdy w pospiechu szykuję się do wyjścia ;)
Kolejną kwestią jest współpraca z podkładem, którą oceniam na bardzo poprawną. W sumie nie trzeba długo czekać z wykonaniem makijażu a podkład trzyma się na nim bardzo dobrze.

Sebostatic Matt, krem intensywnie matujący zaskoczył mnie i to bardzo, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Po nieudanej przygodzie z jego bratem Sebostatic Dzień, (przeciwtrądzikowy matująco-normalizujący) o którym pisałam <TU>  odzyskałam wiarę w linię T. Jak widać przed zakupem warto poprosić w aptece o próbeczki i przekonać się "na własnej skórze" jak wasza cera zareaguje na dany produkt...dosłownie na własnej skórze ;)


O genialnej bazie słów kilka, czyli Lumene w roli głównej

Kilka dni temu naoglądałam się filmików makijażowych ( poszukiwanie inspiracji na jesień) i naczytałam się Waszych blogowych opinii na temat baz pod cienie...dokładniej, bazy pod cienie Lumene. Jeju jaką zapałałam chęcią posiadania! Nawet sobie nie wyobrażacie! Jako, że należę do szczęśliwców i mam możliwość kupienia kosmetyków Lumene stacjonarnie pobiegłam czym prędzej do malutkiej drogerii, wydałam 29.99 zł i tak oto stałam się szczęśliwą posiadaczką bazy.


Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to niestety wielkość tubki z bazą. Przyznam, że liczyłam na nieco więcej...no ale cóż wszystkiego mieć nie można. Tubka jest bardzo praktyczna, szczególnie ze względu na malutki otwór, przez który wyciśniemy pożądaną ilość produktu. Sama baza jest dość gęsta, żeby nie powiedzieć bardzo gęsta. Początkowo pomyślałam, że pewnie słabo będzie się aplikować oraz, że będzie niewydajna. Na całe szczęście baza do powiek Lumene pozytywnie mnie zaskoczyła. Pomimo bardzo zwartej konsystencji łatwo się rozprowadza a na pokrycie całej powieki wystarczy naprawdę niewielka ilość produktu.

Baza pod cienie Lumene jest dość jasna (np. w porównaniu ze znienawidzoną przeze mnie bazą z Inglota) dzięki czemu bardzo ładnie ujednolica koloryt powieki i w moim przypadku daje efekt "wypoczętego spojrzenia". Przyznam, że taki efekt podoba mi się i to bardzo. Nie ma się co oszukiwać, baza spełnia swoją funkcję fenomenalnie! Zdecydowanie daje się zauważyć, że świetnie podbija kolory cieni, genialnie je utrzymuje, przedłuża trwałość makijażu oka a przy tym nie roluje się czy nie zbiera w załamaniu powieki...o ile nie położycie jej za dużo. Na zakończenie muszę dodać, że baza absolutnie mnie nie uczuliła, nie szczypie w oczy...jak Inglot, cud, mód i malinki :)


Makijaż z użyciem owej bazy jest dla mnie o niebo łatwiejszy do wykonania...i szybszy. Jestem z niej bardzo zadowolona i myślę, że nie będę szukała już innych zamienników. Na plus zaliczę również cenę- 29.99 co jest porównywalne z Inglotem. Dostępność jest kwestią dyskusyjną- w sieci aż roi się od sklepów, które mają ja w asortymencie aczkolwiek wiem, że są wśród Was osoby, które nie lubią zamawiać produktów przez internet i wówczas owszem możecie mieć problem z zakupem. W Lublinie możecie ją dostać w drogerii, która znajduje się koło dworca.
Polecam serdecznie! Faktycznie warto zainwestować.


Co o niej sądzicie? Znacie?Lubicie?
Jaka jest Wasza ulubiona baza pod cienie?

Moja glinkowa obsesja

Muszę przyznać, że sama się sobie dziwię...i chyba się nie poznaję gdyż od pewnego czasu stałam się maseczkowym potworem. O ile jakieś pół roku temu nakładanie maseczki było krokiem w pielęgnacji, który bardzo skutecznie omijałam, tak dziś nie wyobrażam sobie tygodnia bez relaksu z maską na twarzy. Największego hopla mam na punkcie czystych glinek. Czemu? prosty skład, brak chemicznych udziwniaczy, przystępna cena, dobra wydajność i przede wszystkim działanie!

Od pewnego czasu regularnie stosuję glinkę czerwoną, o nazwie dla mnie abstrakcyjnej ;) Moją czerwoną glinkę zamówiłam ze strony KosmetycznaGlinka.pl. Maseczka doszła bardzo szybko, niestety opakowaniu uległo poturbowaniu, gdyż Pan listonosz jakimś cudem wcisnął je do skrzynki pocztowej. Jak? Do dziś nie wiem, się chłopina na siłował ;) Pogniecione opakowanie nie wpłynęło jednak na sam produkt, który zamknięty jest w dwóch, papierowych saszetkach. Do saszetek z maseczkami dołączona jest ulotka, w której znajdziecie wszystkie informacje dotyczące stosowania maski. Po otwarciu saszetek ukazuje się nam drobno zmielony proszek, koloru lekko czerwonego, który po zmieszaniu z wodą przybiera na intensywności. Zapach a raczej jego brak jest typowy dla glinek, co mnie absolutnie nie przeszkadza.

Minus? niestety trzeba sobie taką glinkę samodzielnie rozrobić. W sumie nie jest to nic trudnego czy odkrywczego, taki mały "flashback" do lat dzieciństwa i taplaniny w błocie ;) Jak rozrobiłam swoja glinkę- najbardziej fachową miarką, czyli na oko. Po pierwszej próbie zorientujecie się jaka konsystencja najbardziej Wam odpowiada, glinka nie może być zbyt wodnista (żeby nie spłynęła) ani zbyt "twarda" gdyż szybko zastygnie na twarzy. W przypadku stosowania glinek należy pamiętać aby nie dopuścić do wyschnięcia glinki na twarzy. Najlepiej co pewien, gdy czujemy, że maska zaczyna nadmiernie wysychać zwilżać twarz wodą termalną lub zwykłą, przegotowaną wodą. Zmywanie glinki...po prostu trzeba przeżyć,  ja zachlapałam całą umywalkę. Od siebie dodam, że będzie Wam łatwiej jeśli nie dopuścicie do wyschnięcia maski, błotko zejdzie wtedy o wiele łatwiej.

Działanie glinki czerwonej okazało się idealnie dopasowane do potrzeb mojej skóry. Już po pierwszym użyciu buzia wyglądała znacznie lepiej. Po pierwsze, zauważalnie poprawił się i wyrównał koloryt twarzy, szczególnie w okolicy płatków nosa gdzie mam rozszerzone naczynka. Twarz zyskała ładnego, zdrowego blasku? (nie lubię tego określenia) i była niesamowicie miła w dotyku. Po drugie, maseczka z glinki czerwonej wzorowo oczyściła moja twarzy, pory zostały domknięte, nadmiar sebum zaadsorbowany. Mimo, iż wersja czerwona nie jest w kwestii oczyszczania tak silna jak zielona czy czarna- ja czułam się usatysfakcjonowana. 

Na zakończenie muszę zwrócić również uwagę na relację ceny do wydajności i działania. Otóż za 100 g produktu płacimy 14 zł, uważam, że jest to cena przystępna i adekwatna do rezultatów. Dodam, że sklep KosmetyczneGlinki.pl często organizuje różne promocje więc warto obserwować ich stronę internetową. 

Szczerze polecam wypróbować, gdyż stosowana regularnie przyniosła bardzo dobre efekty. Przede wszystkim pomogła mi w oczyszczeniu skóry po lecie. Nie wiem jak Was, ale mnie zawsze wysypuje :/

Sklep internetowy KosmetycznaGlinka.pl przygotował dla Was kupon rabatowy w wysokości 15%, który ważny jest do końca października. Osobiście mam ochotę na glinkę zieloną i białą, którą polecała mi moja kosmetyczka :)




Jakie są Wasze ulubione maseczki? Lubicie glinki czy raczej wybieracie gotowce?