O sile olejków eterycznych, czyli naturalne antyoksydanty cz.I

O olejkach eterycznych i ich właściwościach antyoksydacyjnych chciałam napisać już dawno temu, jednak ciągle było coś ważniejszego. Mówi się, że szewc bez butów chodzi...gdy tak patrzę na ostatnie kilka miesięcy mojego blogowania oraz na to, jakie miałam plany, własnie to przysłowie jako pierwsze przychodzi mi do głowy ;) Jak wiecie, albo i nie, przez ostatnie niemalże pół roku prowadziłam badania do mojej pracy magisterskiej. Tytułu nie będę przytaczać, gdyż większość z Was nie miałaby pojęcia o co chodzi ;) suma summarum, badałam olejki eteryczne rodziny Lamiaceae pod kątem działania antyoksydacyjnego oraz inhibicji acetylocholinoesterazy.


Rodzina Lamiaceae nazywana jest również rodziną wargowych/jasnotowatych. Należą do niej liczne gatunki występujące powszechnie w Polsce jak i niemalże na całym globie. Część roślin uważana jest za chwasty jak np. jasnoty, jednak niektóre gatunki roślin z rodziny Lamiaceae wykorzystywane są w wielu dziedzinach życia oraz przemysłu. Podejrzewam, że większość z nich jest Wam bardzo dobrze znana, gdyż ich właściwości wykorzystywane są z powodzeniem również w kosmetyce, aromaterapii, medycynie naturalnej, farmacji...a także w kuchni. Czasem myślę, że kuchnia i farmacja/lecznictwo mają ze sobą wiele wspólnego :) Wiele osób nie zdaje sobie sprawy jak ogromny potencjał drzemie w rosnących w ogrodzie przyprawach.
Większość gatunków należących do rodziny Lamiaceae zaliczana jest do surowców olejkowych, tzn. że głównym i dominującym składnikiem jest właśnie olejek eteryczny. Olejek eteryczny jest mieszaniną heterogenną, czyli składa się z wielu substancji chemicznych (również izomerów danego związku). O działaniu danego olejku decyduje wypadkowa jego składników, związek dominujący nadaje również całemu olejkowi charakterystyczny zapach np. mentol, który jest głównym składnikiem olejku miętowego (Menta spp.). Spektrum działania olejków eterycznych roślin z rodziny Lamiaceae jest bardzo szerokie i myślę, że opiszę je dokładnie w następnym poście.



Związki terpenowe zawarte w olejkach eterycznych roślin takich jak tymianek, rozmaryn, szałwia, mięta, lawenda czy bazylia są szczególnie interesujące ze względu na swoje właściwości, wynikające z budowy cząsteczki. Są to substancje lipofilne, które charakteryzują się dobrą przenikalnością przez błony biologiczne- również przez barierę krew-mózg. Z tego względu trwają badania nad ich potencjalnym wykorzystaniem w chorobach neurodegeneracyjnych jak np. choroba Alzhaimera.
Największy potencjał antyoksydacyjny wykazywały olejek bazyliowy oraz tymiankowy. Równie dobre parametry otrzymałam dla olejku rozmarynowego oraz lawendowego.

Wierzę, że w olejkach eterycznych drzemie duży potencjał, wydaje mi się, że warto czasem zrobić ukłon w stronę specyfików bardziej naturalnych. W ostatnim czasie zalewa nas fala produktów "ekologicznych/naturalnych", jednak niektóre z ową "naturą" mają niewiele wspólnego. Ważne aby wybierać...i płacić za kosmetyki, w których mamy pewność, że zawierają olejki dobrze oczyszczone oraz dobrej jakości. Nawiązując do tematu olejków, muszę Wam powiedzieć, że kilka dni temu odebrałam swoją pierwszą sól do kąpieli (i nie tylko) firmy Dr.Nona. Czemu się na nią zdecydowałam? Słyszałam o niej wiele pozytywnych opinii- nie tylko ze strony "blogowej" i jestem bardzo ciekawa czy faktycznie tak dobrze radzi sobie różnymi problemami zdrowotnymi.


Ziaja rozczarowała a Flos-Lek pozostawił niedosyt

Po powrocie z wakacji czas na małe podsumowanie. Na pogodę nie mogłam narzekać, jak dla mnie była idealna. Był czas na opalanie, kąpiele w morzu oraz kilka chłodniejszych dni swoistego odpoczynku od plaży poświęcone na zwiedzanie. Dzisiejszy wpis poświęcony będzie trzem produktom, bez których mój wyjazd nad morze nie ma większego sensu ;) Należę do osób o bardzo jasnej karnacji, opalam się na czerwono/różowo, wychodzą mi piegi i wyglądam na lekko brązowawą jednak jest to nieco oszukańczy brąz ;) Bez kremów z filtrem ani rusz. Nad morze zabrałam ze sobą Ziaję SPF 25 oraz FLos-Lek SPF 15.

Krem Ziaja SPF 25
Okazał się wielkim rozczarowaniem. Mimo przyjemnego zapachu, dość rzadkiej konsystencji, dobrej i szybkiej aplikacji oraz atrakcyjnej ceny (8 zł), nie przypadł mi do gustu. W większości kremy z filtrem są wodoodporne, jednak nie tym razem. Fakt, moja wina, nie doczytałam. Krem spłynął po pierwszej kąpieli w morzu. Skąd wiedziałam? Szczypał w oczy jak cholera! Dałam mu kolejną szansę ale ponownie wieczorem zobaczyłam na skórze czerwone, palące miejsca świadczące o tym że krem zniknął. Mimo zapewnień o ochronie rzędu SPF 25 krem zupełnie mnie rozczarował.
Ocena: 2/5
Krem Flos-Lek SPF 15
Miałam tu pewne obawy, gdyż filtr 15 to dla mnie za mało. Produkt otrzymałam jakiś czas temu podczas spotkania bloggerek w Lublinie i postanowiłam, że trzeba go w końcu wypróbować. Produkt jest bardzo gęsty o lekko kremowym kolorze. Ewidentnie widać w nim drobiny (podejrzewam dwutlenku tytanu) więc jest to raczej krem-zawiesina. Produkt rozprowadza się moim zdaniem tragicznie. Zero poślizgu. Na wysmarowanie całego ciała zużyłam pokaźną ilość produktu, co negatywnie wpływa na jego wydajność. Krem zawiera w składzie parafinę, która trochę zapchała mnie na twarzy, jednocześnie zapewniła tłustą formułę kremu, ba! bardzo tłustą! Cały piasek był mój. Piasku nie dało się strzepać, gdyż był przyklejony do kremu. Po powrocie z plaży biegiem leciałam pod prysznic zmyć z siebie tą tłustą, oblepiającą warstwę...brrr! Ostatnim minusem jest bielenie skóry...no nie wyglądało to estetycznie i nie ma  mowy o stosowaniu kremu na twarz, pod makijaż- no way!  Mimo tych niedogodności, muszę przyznać, że krem swoją funkcję spełniał bardzo dobrze. Nie uległam poparzeniu słonecznemu, nawet po wodnym i piaskowym szaleństwie! 
Dla kogo?
moim zdaniem dla  tych z Was, którym nie przeszkadza tak tłusta konsystencja oraz bielenie i stawiają trwałość i wodoodporność na 1 miejscu.
Ocena: 3/5
Emulsja kojąca po opalaniu Flos-Lek SOS, Sun Care.
Produkt, podobnie jak krem z filtrem, otrzymałam na spotkaniu bloggerek w Lublinie. Emulsja zawiera w swym składzie wit.E, pantenol, masło Shea, alantoinę oraz wyciąg z lilii wodnej. Konsystencja jest całkiem przyjemna, nie miałam problemów z aplikacją. Emulsja nie bieliła skóry i stosunkowo szybko się wchłaniała, jednak pozostawiała na ciele film. Czy był on uciążliwy? Średnio- dłonie musiałam obowiązkowo umyć, gdyż mnie irytowały. Wielkim minusem produktu jest jego zapach. Absolutnie mi nie odpowiadał! Czasem zastanawiam się, czy producenci tego typu produktów myślą? Czy w upał, gdy nie ma czym oddychać, powietrze stoi jak zaczarowane a skóra piecze i jest ściągnięta wolicie produkt o świeżym, mentolowym zapachu czy słodkości z duszącymi waniliowo- cukierkowymi nutami?! Zapach emulsji kojarzył mi się z gumą balonową...masakra! W całym pokoju było czuć balsam. Działanie? Emulsja natłuszczała, dawała ulgę jednak bez szału. Zastosowałam może 2 razy i podziękowałam.
Ocena: 1/5

Podsumowując, chyba nie warto oszczędzać na kosmetykach do opalania czy po. Żaden z opisywanych produktów nie spełnił moich oczekiwań. Najlepszy był krem z filtrem Flos-Lek, jednak ze względu na mało przyjemną formułę nie podbił mojego kosmetycznego serca.

Jakie są Wasze odczucia co do tych produktów? Znacie?
Macie swoich kosmetycznych ulubieńców w sektorze opalanie?

O niezwykłej znajomości słów kilka, czyli Salmowa zupa rybna

Gdy wspominam miesiąc maj (2013 r) nieśmiało uśmiecham się pod nosem. Szkoda, że to co miłe i przyjemne tak szybko się kończy. Salam K. przyjechała do Polski 1 maja z oddalonej, choć dobrze znanej Tunezji. Początki naszej znajomości były nieśmiałe; inna kultura zawsze napawa lękiem, dezorientacją a uwierzcie mi, że różnice kulturowe były ogromne. Salma okazała się bardzo ciepłą i przesympatyczna osobą! Niejeden Polak/Europejczyk powinien uczyć się od niej uprzejmości, gościnności, kultury osobistej oraz ciepła! Salma jest muzułmanką i z tego co zdążyłam się zorientować, dość restrykcyjną, choć jak na "Ich" normy- nowoczesną. O naszej przyjaźni napiszę innym razem, natomiast dziś chciałabym pokazać Wam danie, którego nauczyłam się od Salmy. Jest to tradycyjna potrawa- zupa, którą Salma gotuje dla swojej rodziny podczas "Ramadanu" (piszę fonetycznie).


Skład:
-2 ząbki czosnku
-cebula
-1/2 papryki
-2-3 pomidory lub pomidory w puszce lub 1 łyżka koncentratu pomidorowego (mały garnek)
-ryba np.1 dzwonek z łososia

W zupie szalenie istotna sprawą jest odpowiednia mieszanka przypraw. Zupa wyjdzie dość ostra, jednak i tak "słabsza" niż oryginał. Salma dawała wszystkich przypraw w proporcji 1:1 jednak dla mnie...i mojego podniebienia było to za dużo. Zmniejszyłam ilość pieprzu oraz kminku mielonego.

Przyprawy:
-sól do smaku około 1/2 łyżeczki
-papryka SŁODKA 1/2 łyżeczki
-pieprz czarny mielony 1/3 łyżeczki


Wykonanie:
Jest to bardzo szybka potrawa jednogarnkowa, na początku do garnka wlewamy odrobinę oliwy i szklimy cebulkę oraz czosnek. Następnie dodajemy paprykę a po chwili pomidory, całość mieszamy i zalewamy wodą (około 1,5 - 2 szklanki). Dodajemy łososia, makaronik oraz przyprawy i gotujemy na małym ogniu. Po około 15 minutach wyjmujemy rybę, rozdrabniamy, dokładnie wyjmujemy ości i wrzucamy ponownie do garnka. Całość mieszamy...i gotowe :)


Zupa jest pyszna...aczkolwiek inna niż typowe zupy rybne. Dużą rolę odgrywa tu kminek i kurkuma. Wydaje mi się, że bez nich nie osiągniemy odpowiedniego smaku. Dodam, że zupa jest bardzo sycąca a jednocześnie lekkostrawna, w dużej mierze dzięki kminkowi i kurkumie, które jak wiadomo wspomagają procesy trawienne. Osobiście polecam produkty firmy Skworcu, gdyż są o wiele tańsze przyprawy, które znajdujemy na półkach sklepowych. Nie ma sensu przepłacać ;)
Smacznego.


Moja wakacyjna kosmetyczka, czyli moje kosmetyczne "must have"

Mój wyjazd zbliża się ogromnymi krokami. Jutro o tej porze będę już przedwyjazdowym kłębkiem nerwów. W tym roku....tak jak i co roku....wybieramy się nad morze. Bałtyk zdecydowanie uwielbiam, mam do niego ogromny sentyment, który ciężko logicznie wytłumaczyć ;) Może nasze morze do najcieplejszych i najczystszych nie należy, pogoda również jest jedną wielka ruletką to i tak właśnie tam wracam najchętniej :)
Jak na prawdziwą bloggerkę przystało zaczęłam pakowanie od kosmetyczki...no dobra...nie cierpię pakować ciuchów, nigdy nie wiem co ze sobą zabrać i zawsze odkładam to na ostatnią chwilę ;)

Nad morze jadę na tydzień do małej miejscowości (Kuźnica) więc stwierdziłam, że bez sensu zabierać ze sobą tony mazideł. Dodatkowo nie jedziemy autem a niestety pks-em...więc logiczne, że nie chcę paść trupem targając torbę ;)
Z kosmetyków kolorowych biorę tylko kilka drobiazgów, tusz (próbkę) Clinique, paletkę HEAN, która jest moją ulubienicą od dłuższego czasu, bronzer TBS odcień 01, kredkę do oczu Inglot (brązowa) oraz Jumbo z Sephory, podkład mineralny Lily Lolo i korektor z MAC pro-longwear.


O ile kosmetyki kolorowe mogłam łatwo zredukować, tak z pielęgnacji nie mogłam za wiele urwać. Po pierwsze kremy z filtrem Flos-Lek (SPF 15). Mleczko po opalaniu Mythos, tak, tak, Mythos przejdzie swój pierwszy chrzest bojowy ;) D-pantenol w sprayu, bez którego się nie ruszam oraz dodatkowo balsam z Bath&Body Works. Z pielęgnacji twarzy zabieram mój ukochany Krem Różowy firmy KremIdealny, krem pod oczy Flos-Lek, mgiełkę oczarową Fito-med, saszetki żelu do mycia twarzy (ogórkowy) Biały Jeleń, szampon do włosów Joanna, maskę do włosów Alterrażel pod prysznic Verona i końcówkę próbki żelu Sanoflore, płyn do demakijażu- resztka BeBeauty oraz płyn do higieny intymnej AA.

Jak wyglądają Wasze wyjazdowe kosmetyczki? Ograniczacie kolorówkę czy wręcz przeciwnie?
Pozdrawiam Was serdecznie i życzę udanych urlopów :)
Do zobaczenia!


A może coś greckiego? Kosmetyki Mythos

Kilka dni temu do moich drzwi zadzwonił listonosz z kolejną, wspaniałą przesyłką. Westchnął głęboko, zrobił minę wielce umęczonego życiem i zapytał czy te paczki to nie mogłyby jakoś hurtowo przychodzić. Pan listonosz wyglądał na całkowicie zdezorientowanego, po czym zaczął usilnie dopytywać się co ja tu tak często zamawiam ;) Ciekawość rzecz ludzka ;)
Tym razem w paczce znalazłam kosmetyki firmy Mythos. Przyznam, że jestem ich wyjątkowo ciekawa, gdyż naczytałam się wielu pozytywnych recenzji. Co było w paczce?









 Znacie produkty Mythos? Lubicie? Przyznam, że wiele sobie po nich obiecuję :)








Joanna, maska do włosów suchych i zniszczonych; seria arganowa

Jako, że nie jestem posiadaczka włosów dość krótkich (cały czas dzielnie zapuszczam) nie mam zbyt dużej "mocy przerobowej" jeśli chodzi o maski i odzywki do włosów. Nie ukrywam również, że mam hopla na punkcie nakładania masek itp. specyfików, często, gdy nie mam czasu ograniczam się jedynie do szamponu...teraz zapewne włosomaniaczki łapią się za głowy ;) Dziewczyny walczę z tym ale dość opornie mi idzie ;) Z tego powodu maskę Joanny przetestowała dla Was moja dobra znajoma Kasia, która jest posiadaczką włosów dość gęstych, jednak skłonnych do przesuszania- szczególnie na końcach.



Co twierdzi producent?                                                                                                                      
Maseczka do włosów z linii Argan Oil została wzbogacona o niezwykle cenny olejek arganowy. Płynne złoto Maroka - bo tak zwany jest również też olejek - pozyskiwany jest z upraw ekologicznych i posiada certyfikat Ecocert. Maseczka doskonale regeneruje przesuszone włosy i zniszczone końcówki oraz likwiduje problem puszenia się włosów, nadaje im zdrowy wygląd i pożądaną przez wszystkie kobiety miękkość oraz cudowny blask. Teraz - jeśli chcesz, aby Twoje włosy odzyskały naturalne piękno, nie musisz wyjeżdżać do Maroka ani wydawać fortuny, gdyż jeden z najcenniejszych olejków na świecie jest już dostępny w nowej linii Joanna Argan Oil. Bogata konsystencja i piękny zapach sprawia, że pielęgnacja włosów będzie niezwykle wyjątkowym rytuałem przywracającym naturalne piękno. 



Moja opinia:                                                                                                                                        
Maska zamknięta jest w bardzo ładnie zaprojektowanym opakowaniu, szata graficzna jest faktycznie bardzo kusząca, gdyż sugeruje nam pokaźną zawartość olejku arganowego. Wygodna w użytkowaniu tuba, którą możemy postawić na "głowie" co gwarantuje zużycie produktu do końca. Konsystencja maski jest raczej gęsta, zdecydowanie nie spłynie nam z dłoni, nawet wilgotnej. Aplikacja jest całkiem sprawna, gdyż maska dość dobrze się rozsmarowuje i pokrywa włosy. Wydajność jest przeciętna. Na uwagę zasługuje bardzo ładny zapach, który nawet po wysuszeniu utrzymuje się na włosach.

Działanie maski pozostawia wiele do życzenia. Po pierwsze, gdy nałożymy jej zbyt dużo możemy mieć problem z dokładnym spłukaniem jej z włosów. Kasia początkowo nakładała maskę również u nasady włosów, co okazało się złym pomysłem, gdyż maska ewidentnie zwiększyła ich przetłuszczanie u nasady. Włosy były obciążone i przyklapnięte. Produkt nakładany mnij więcej na 3/4 długości włosów spisywał się nieco lepiej, jednak nie było to działanie, którego można oczekiwać po masce. Włosy wcale nie były bardziej nawilżone czy odżywione. Owszem, zauważalne było ich zwiększone błyszczenie, jednak był to efekt krótkotrwały, gdyż włosy bardzo szybko "zbijały się w strąki". Kolejnym minusem, był brak ułatwienia rozczesywania. Żeby nie było tak czarno i ponuro, trzeba powiedzieć, że zaraz po wysuszeniu włosy były całkiem miękkie i przyjemne w dotyku, jednak i tu efekt nie utrzymywał się zbyt długo.


Należy również zwrócić uwagę na skład, gdyż niestety ale nie jest on zbyt zachwycający. Zawartość olejku arganowego nie należy do najwyższych, gdyż znajduje się on dopiero na 9 pozycji. Co zwróciło moją uwagę? Parafina i to już na 4 pozycji, co oznacza, że jest jej w kosmetyku dość sporo. Podejrzewam, że służy ona za podłoże dla reszty składników, jednak jak widać na przykładzie Kasi, nie wszystkim z tym składnikiem po drodze. 


Podsumowując, maska nie sprostała wymaganiom Kasi. Mimo miłego zapachu, dość przyjemnej konsystencji nie jest to produkt, do którego chce się wracać. Działanie maski jest bynajmniej mizerne a nakładana na całą długość włosów spowodowała ich nadmierne obciążenie oraz przyspieszyła ich przetłuszczanie się u nasady. Wydaje mi się, że pomimo kuszącej ceny (około 7 zł) warto dołożyć kilka groszy i zainwestować w kosmetyk, który faktycznie porządnie odżywi nasze kłaczki.

Ocena: 2/5
Czy kupię ponownie? Nie

Próbowałyście serii arganowej z Joanny? Co o niej sądzicie? A może maska przypadła Wam do gustu?

Krem Złoty od KremIdealny.pl , czyli czym raczę moją mamę

Czy lubicie robić prezenty swoim bliskim? Ja uwielbiam i  niestety (albo na całe szczęście) ale robię je dość często mojej mamie. Nie ukrywam, że w większości są to prezenty kosmetyczne, gdyż moja mama jest zupełnym laikiem w tej kwestii i często daje sobie wcisnąć produkty, które później zalegają w naszej łazience, bo albo uczuliły, albo podrażniły lub zwyczajnie nie były trafione. Osobiście, jestem zwolenniczką dewizy jakość a nie ilość. Nie lubię kupowania kosmetyków "na masę", zawsze wolałam mieć jeden a porządny kosmetyk. Moje marzenie o kremie idealnym ziściło się, gdy wypróbowałam krem Różowy <KLIK>, natomiast mojej mamie przypadł w udziale Krem Złoty. Dziś poznacie jej zdanie na temat owego specyfiku :)


Co twierdzi producent?                                                                                                                                                              


  • nawilża wysuszoną skórę
  • odbudowuje warstwę ochronną
  • odżywia
  • wyrównuje koloryt
  • zmiękcza
  • wygładza

Co zawiera krem:
  • biodostępne złoto, wbudowane w komórki drożdży jony szlachetnego metalu tworzą kompleks odżywczy  i nawilżający
  • olej z czerwonej palmy, której bogactwo naturalnego karotenu daje kremowi kolor i chroni skórę przed wolnymi rodnikami
  • białkocukry (glikozaminoglikany) z drożdży - klasyczne nawilżacze, gąbki molekularne poprawiające zdolność naskórka do utrzymywania wody
  • bazę ciekłokrystaliczną - KremIdealny zbudowany jest na wzór i podobieństwo skóry, której komórki scalane są lipidami, trochę jak cegły zaprawą. tworzy to naturalny płynny kryształ – strukturę uporządkowaną, jednak nie sztywną. Naukowcy inspirowani budową skóry skopiowali ten naturalny wzorzec tworząc bazę ciekłokrystaliczną. Baza ta jest podstawą KremuIdealnego. Jej obecność gwarantuje poprawę nawilżenia, która przetrwa przerwy w używaniu kremu - baza wysyca skórę cennymi lipidami i pomaga jej odbudować własne optymalne nawodnienie.
  • Więcej na bazadlaatopowych.pl
  • olejek neroli (z kwiatu gorzkiej pomarańczy) - używany w aromaterapii do relaksowania i poprawy krążenia; w perfumerii olejek ten jest jednym z najcenniejszych materiałów;

skład wg INCI 
Aqua, Grapeseed (Vitis vinifera) Oil, Rice (Oryza sativa) Oil, Yeast Extract, Saccharomyces/Gold Ferment Lysate Filtrate, Red Palm (Elaesis guineensis) Oil, Canola (Brassicca campestris) Oil, Shea Butter (Butyrospermum Parkii), Caprylic/Capric Triglyceride, Cetearyl alcohol, Glycerin, Hydrogenated Lecithin, Pentylene Glycol, Sodium Polyacrylate, Phenoxyethanol,  Glycerin, Sodium Phytate,  Caprylyl Glycol,  Chlorphenesin, Xanthan Gum, Tocopherol, Neroli (Citrus aurantium amara) essential oil, Squalane, Ceramide 3

Moja opinia:                                                                                                                                              
Krem Złoty, podobnie jak jego różowy brat, zamknięty jest w masywnym, dobrze łażącym w dłoni słoiczku, który wykonany jest z bardzo eleganckiego, chromowanego szkła. Pojemniczek zamknięty jest wygodna nakrętką a dodatkowo zabezpieczony plastikowym wieczkiem. Całość jest szalenie gustowna i estetyczna. Konsystencja kremy Złotego, jest podobna do wersji różowej, jest on raczej rzadki, jednak bez obaw - nie spływa z dłoni ;) Nie jest to gęsta typowa emulsja ani wodnisty żel. Mnie osobiście przypomina nieco mus, połączenie emulsji i żelu. Charakterystyczna dla firmy KremIdealny konsystencja wpływa bardzo korzystnie na wydajność produktu. Już niewielka ilość wystarczy aby pokryć cała twarz oraz szyję. Krem Złoty wchłania się błyskawicznie, nie pozostawiając na twarzy lepkiej, uciążliwej warstwy a jedynie aksamitny film



Działanie produktu jest bajeczne, ewidentnie nawilża oraz odżywia dojrzałą skórę. Zwróciłam szczególną uwagę na ładne wyrównanie kolorytu, buzia nie jest już tak poszarzała i nie wygląda na wiecznie przemęczoną. Dodatkowo produkt poprawił elastyczność skóry oraz nadał jej ogólnego zdrowego wyglądu. Wiadomo, że w wieku 52 lat nic nas nie odmłodzi, jednak ważne aby skórę odpowiednio nawilżać oraz stosować preparaty o bogatszym składzie.  Dodam, iż produkt ma piękny żółty kolor oraz bardzo przyjemny aromat pochodzący od olejku neroli. Na koniec muszę wspomnieć również o składzie, który pełny jest dobroczynnych składników (o których swego czasu pisałam w cyklu postów odnośnie pielęgnacji skóry zimą).  Produkt pozbawiony jest parabenów czy sztucznych barwników.


Podsumowując, uważam iż jest to fenomenalny produkt dla osób po 30 roku życia. Ze względu na szalenie elegancka szatę graficzną oraz opakowanie, nadaje się idealnie na prezent. Krem wspaniale się wchłania, nawet w przypadku cery tłustej, nie pozostawiając uczucia lepkości. Produkt świetnie podziałał na cerę mojej 52 letniej mamy, która stała się zdecydowanie bardziej napięta oraz nawilżona. Wyczuwalny zapach olejku neroli przyjemnie koi oraz relaksuje.

Cena jest kwestią dyskusyjną, jednak mając porównanie z niektórymi kremami z "wyższej półki cenowej" napakowanymi silikonami, uważam że inwestycja w Złoty KremIdealny, jest jak najbardziej wyborem słusznym. Tym bardziej, gdy zwrócimy uwagę na jego świetną wydajność.



Romantic, maska do włosów z olejkiem arganowym, regenerująca

Swego czasu otrzymałam pokaźną przesyłkę od firmy Forte Sweden, w której znalazłam między innymi maskę regenerującą do włosów firmy Romantic. Z racji posiadania przeze mnie włosów krótkich, zdecydowałam się przekazać maskę mojej przyjaciółce, której pukle zachwycają mnie za każdym razem gdy na nie patrzę. Dziś postanowiłam wykorzystać notatki Eweliny i spłodzić dla Was recenzję owej maski.


Co twierdzi producent?                                                                                                      
Maska Regenerująca ROMANTIC Professional to idealne rozwiązanie dla włosów suchych i zniszczonych. Maska zawiera proteiny jedwabiu znane z właściwości wygładzających oraz marokański BIO olej arganowy, który znany jest z głębokiego odżywiania, regeneracji komórek oraz właściwości intensywnie nawilżających. Maska nawilża włosy i ułatwia ich rozczesywanie.



Moja opinia:                                                                                                                       
Po pierwsze, uwagę zwraca ciężkie, duże opakowanie, które po brzegi wypełnione jest kosmetykiem. W moich, jak i Eweliny oczach, jest to zdecydowany plus, tym bardziej, że maskę można dostać już za około 15 zł np. w drogerii Natura. Szata graficzna jest przeciętna, jakoś niczym mnie nie zauroczyła, natomiast muszę powiedzieć, że dobrym pomysłem było szerokie, zakręcane wieczko. Maska ma kolor białawy, perłowy. Konsystencja maski jest bardziej rzadka niż gęsta, co pozytywnie wpływa na jej wydajność. Produkt bardzo dobrze rozsmarowuje się na włosach, dzięki czemu już niewielka ilość wystarczy na pokrycie włosów "do ramion". 


Działanie maski jest...hmmm...chyba przeciętne. Bardzo dobrze zmiękcza włosy a jednocześnie ich nie obciąża. Ewelina ma włosy kręcone i dzięki masce Romantic nie miała absolutnie żadnych problemów z ich rozczesywaniem. Dodatkowo, włosy nabrały zauważalnego blasku i lekkości. W moim przypadku zauważyłam, że włosy były bardziej podatne na układanie. Wielkim atutem maski jest jej bajeczny, strasznie przyjemny zapach, który dość długo utrzymuje się na włosach. 
Warto również dodać, iż jest to produkt polecany do salonów fryzjerskich, jednak muszę się Wam przyznać, że nie byłam jeszcze u fryzjera, który pracowałby na kosmetykach Romantic.


Podsumowując, uważam że jest to dobry produkt. Nie wiem jak Wy, ale ja zawsze zwracam uwagę na korelację ceny do ilości oraz jakości produktu. Moim zdaniem, za cenę 15 zł otrzymujemy produkt o pojemności 500 ml, który bajecznie pachnie, nie obciąża włosów, ładnie je nabłyszcza oraz ułatwia ich rozczesywanie. Razem z Ewelinka jesteśmy na TAK :)



Przesyłka od Lavendic.pl

Mówią, że charakter zmienia się co 7 lat a co z gustem kosmetycznym? Kiedyś stawiałam na marki znane, powszechnie reklamowane i w większości drogeryjne, jednak od pewnego czasu stosuję kosmetyki naturalne i ekologiczne. Czy jestem z nich zadowolona? Owszem. Powiem więcej, sukcesywnie staję się ich coraz większą fanką. Dziś chcę Wam przedstawić kolejną firmę, która tak jak ja, upodobała sobie dążenie do piękna poprzez kosmetyki naturalne, ekologiczne. Mowa o sklepie internetowym Lavendic.pl


Dzięki uprzejmości Pani Anety oraz Pana Łukasza, będę miała możliwość wypróbować dwa produkty, które znajdziecie w asortymencie firmy Lavendic.pl . Kremy Sylveco są Wam dobrze znane. Marka nie opuszcza blogosfery od ładnych kilku miesięcy, dlatego też bardzo chętnie i ja wypróbuję ich lekki krem brzozowy. Kolejnym produktem, który strasznie mnie zainteresował, jest kokosowe mleczko do mycia twarzy firmy Essential Care. Już po pierwszych "oględzinach" muszę powiedzieć, że zapach jest obłędny!


Mam nadzieje, że mój wybór okaże się strzałem w dziesiątkę. Na stronie Lavendic.pl znajdziecie wiele znanych marek, produkujących kosmetyki ekologiczne i naturalne. Znajdziecie tu zarówno kosmetyki dla nas - kobiet, maluszka jak i dla naszych mężczyzn. Sama przeglądając ich ofertę byłam pełna podziwu, gdyż sklep jest naprawdę solidnie zaopatrzony.

Dodatkowo, firma Lavendic.pl przygotowała dla Was rabat -10% na wszystkie produkty w sklepie internetowym, po polubieniu na Facebooku  fanpage'u  firmy.
 Po "polubieniu" strony na Facebooku, należy wysłać do firmy wiadomość prywatną, w efekcie otrzymacie specjalny kupon rabatowy. Rabat ważny 1 miesiąc.



Ze swojej strony, chciałam również podziękować Pani Anecie oraz Panu Łukaszowi za bardzo miłe oraz profesjonalne podejście do "tematu". Pozdrawiam serdecznie.