Maseczka peelingująca od Dermedic

Witajcie!

Jako, że rozpoczęłam już odpoczynek = w końcu pojechałam do domku ;) Mam troszkę więcej czasu dla siebie i postanowiłam w końcu troszkę bardziej zadbać o swoją skórę twarzy. Ostatnio jakoś zupełnie nie miałam głowy do maseczek itp. zabiegów pielęgnacyjnych. Cała moja uwaga skupiona była na dłoniach, które są w opłakanym stanie :/ Nic nie pomaga, nawet maść z wit.A jakoś ostatnio nie daje rady :/ skóra cały czas szczypie i zaczyna się łuszczyć :/


Ale wracając do tematu, przygotowałam dla Was recenzję maseczki do twarzy z firmy Dermedic
Postanowiłam, że zabiegi rozpocznę od pożądnego złuszczenia martwego naskórka. Zamiast standardowego mechanicznego peelingu, postanowiłam wypróbować maseczkę aktywnie peelingującą z 6% kwasami AHA.


Co twierdzi producent:

Maseczka polecana dla skóry z objawami starzenia fizjologicznego oraz fotostarzenia w postaci: zmarszczek i przebarwień, skóra zmęczona i poszarzała. Peeling enzymatyczny zawiera kompleks składników aktywnych intensywnie peelingujących skórę. Kompleks kwasu glikolowego i L-argininy działa na skórę rozjaśniająco,usuwa martwe komórki i zanieczyszczenia, spłyca zmarszczki i drobne nierówności. Specjalnie opracowana formuła stopniowo uwalnia składniki aktywne w tempie dobrze tolerowanym przez skórę. Intensywnie nawilża,wygładza i przyspiesza odnowę naskórka.
Stosowanie
Nanieść równą warstwę maseczki na oczyszczoną i suchą skórę twarzy. Nie wcierać. Pozostawić na ok. 15-20 minut (skóra wchłonie odpowiednią ilość składników peelingujących). Pozostałość delikatnie usunąć płatkiem kosmetycznym. Bezpośrednio po aplikacji maseczki może wystąpić szczypanie, pieczenie i/lub lekkie zaczerwienienie skóry. Jest to spodziewana i chwilowa reakcja a nie objaw uczulenia. W razie dłużej niż 20 minut utrzymujących się objawów zmyć preparat delikatnie wodą z mydłem. Maseczkę najlepiej stosować na noc. W okresie zwiększonego nasłonecznienia wskazane jest stosowanie dodatkowe kremu z filtrem UV. Maseczka przeznaczona do stosowania 1-2 razy w tygodniu.


Gramatura: 2* 5g



Moja opinia:

Konsystencja jest bardzo przyjemna co zdecydowanie ułatwia i umila aplikację. Wydajność jest bardzo dobra, ja swoją część saszetki podzieliłam i dzięki temu starczyła mi na dwa użycia (mama wykorzystała wszystko na raz..a co! ;) )
Zapach jest całkiem przyjemny,co ważne nie jest chemiczno-metaliczny jak zwykle ma to miejsce w preparatach z kwasami. Mnnie osobiście bardzo to odpowiadało, bo akurat zapachu "kwasów" nie lubię.
W moim przypadku nie wystąpiło żadne pieczenie/szczypanie/mrowienie itp. jednak zależy to od skóry, gdyż każda z nas może zareagować inaczej.
Działanie jest poprawne, buzia stała się milsza i gładsza w dotuku. Maseczka ładnie usunęła martwy naskórek i przygotowała moją twarz na przyjęcie następnych kosmetyków. Nie zauważyłam u siebie ani wygładenia zmarszczek czy też jakiegoś znaczącego wybielenia/ ujednolicenia kolorytu (nie mam z tym wiekszych problemów).





Opinia mojej mamy:

Zabawna historia ;)
Moja mamusia czyta wszystko, od deski do deski i często tym sposobem zniechęca się, czy to do leków czy kosmetyków. Fakt opis maseczki może odstraszać szczególnie osoby, które nie miały styczności z kwasami i nie wiedzą "o co kaman" ;)
Mama zbierała się do maseczki jak pies do jeża, aż w końcu się odważyła i stwierdziła, że nie było tak źle. 20 minut pełnego napięcia wczuwania się czy przez przypadek coś nie szczypie ;)
Nie wystąpiło u niej żadne pieczenie, szczypanie czy zaczerwienienie. Maseczkę zmyła wodą, nie dała się namówić na pozostwaienie jej na noc na twarzy.

Efekty były o wiele lepsze niż w moim przypadku!
Po pierwsze buzia wyglądała ewidentnie lepiej, koloryt został nieco wyrównany, martwy naskórek usunięty. Twarz stała się milsza i gładsza w dotyku co zauważyłam nie tylko ja czy mama ale nawet ciacia, która przyszła na wieczorne ploty.
Maseczka bardzo dobrze przygotowała skórę na przyjęcie serum i kremu, które wchłonęły się o wiele szybciej i nie pozostawiły delikatnej warstewki, którą mama uznawała "że tak ma być i już" ;)
Zmarszczek nie spłyciła ale na to nie liczyłam, tym bardziej po jednaorazowej "dawce" kwasów.



Podsumowując, bardzo spodobał mi się ten produkt. Jest to dobra alternatywa dla standardowych peelingów enzymatycznych. Skóra stała się bardziej napięta i gładsza. Wydaje mi się, że produkt można szczególnie polecić tym z Was, które na codzień nie stosują kwasów a chciałyby co pewnien czas pożądnie złuszczyć naskórek. Może być to również pierwszy krok do wprowadzenia takiej "kwaśnej" pielęgancji.

Ocena: 5 / 5
Czy kupię ponownie? TAK
Czy mama kupi ponownie? Powiedziała, że TAK (alternatywa dla stałej pielęgnacji kwasami)



Znacie maseczki Dermedic ? Lubicie? 
Wklejam adres strony internetowej gdzie możecie sobie poczytać o produktach Dermedic.




Pozdrawiam Ania!



Oranż to czy róż?

Witajcie!

Mimo, że do Świąt jeszcze trochę czasu ja już zrobiłam sobie wolne a co! ;)
Postanowiłam, że pokażę Wam dziś kolejny lakier z mojej "Inglotowej" kolekcji. Jest to kolor z zeszłorocznej (chyba wiosennej) kolekcji, kiedy to trwał istny szał na punkcie wszystkiego co koralowe ;)

Inglot nr.359

Lakier ma kolor, którego bliżej nie potrafię określić, jest to połączenie różu,oranżu i koralu (?). Kolor zmienia się w zależności od nasłonecznienia, raz wydaje się koralowy innym razem pomarańczowy ;)
Pigmentacja i krycie jest średnie, po nałożeniu pierwszej warstwy ewidentnie widać "prześwity" dlatego koniecznie trzeba nałożyć kolejną warstwę. Efekt jaki uzyskujemy po ponownym pomalowaniu paznokci mnie osobiście odpowiada.
Co do szybkości wysychania trzeba przyznać, że pierwsza warstwa schnie błyskawicznie, natomiast z drugą trzeba swoje odczekać. Trzech warstw nigdy nie kładłam bo nie mam na tyle cierpliwości ;)
O trwałości nie będę się rozpisywać bo wiadomo, że nie jest to najmocniejsza cecha tych produktów.







Lubicie od czasu do czasu takie kolory?



Pozdrawiam Ania!

Kuracja z TriAcnealem- moje przemyślenia

Witajcie!

Swego czasu pisałam o moich pierwszych wrażeniach odnośnie kuracji TriAcnealem, więc jeśli macie ochotę troszkę poczytać zapraszam tutaj <KLIK> :)
Dziś przyszedł czas żeby troszkę podsumować moją akcję oczyszczania twarzy i przeanalizować "na trzeźwo" skutki działania TriAcnealu.

Krem zaczęłam stosować równo 1 września 2012 r i od tego czasu staram się jak tylko mogę być systematyczna. Nie będę ściemniać, owszem czasami zdarzało mi się o nim zapomnieć, jednak były to tylko nieliczne przypadki. Ewentualnie odstawiałam go na 2-3 dni, gdy moja buzia była w skrajnie opłakanym stanie.
TriAcneal stosuje oczywiście na noc, po dokładnym demakijażu i odczekaniu min. 15 minut od wytarcia twarzy ręcznikiem.
Dodam, że starałam się ograniczyć kosmetyki zawierające parafinę, gdy tylko mogłam stosowałam podkład mineralny Lily Lolo.


Moja opinia:
W sumie zastanawiam się co pisać przyznam, że mam straszne wątpliwości. Nie chcę napisać negatywnej recenzji, jednak z góry uprzedzę, że póki co, nie zaobserwowałam jakiegoś spektakularnego "łał".

Początkowo byłam zadowolona, jednak dziś zastanawiam się czy przypadkiem nie padłam "ofiarą" efektu placebo ;) Wiecie, jeśli bardzo się chce zobaczyć efekty i na prawdę się w coś wierzy, to zaczynamy to czasem dostrzegać, jednak są to tylko pozory.

Czy skóra się oczyściła?
Dziś zastanawiam się co to w ogóle oznacza?
Po ponad pół roku stosowania TriAcnealu dochodzę do wniosku, że chyba wywaliłam kupę kasy w błoto.
Po pierwsze, nie zauważyłam żebym miała oczyszczone pory! Absolutnie nie uległy one zamknięciu, były i są otwartymi, czarnymi kraterami. 

Co do podskórnych "przyjaciół", nie miałam ich dużo. Czy zniknęły? Słabo.
Mam wrażenie, że w niektórych miejscach nabawiłam się nowych grudek- pewnie na własne życzenie, bo czasem starałam się sobie coś wycisnąć a wiadomo jak takie "praktyki" się kończą.

Następna kwestia, przyznaję się - wyciskałam. Jestem od tego chyba uzależniona, bo normalnie ciągle zawalone pory doprowadzały mnie to do szału!

Redukcja blizn potrądzikowych?
Jako takiego trądziku nigdy nie miałam więc i przed rozpoczęciem kuracji nie posiadałam większych blizn czy zmian potrądzikowych. Owszem może jakieś niewielkie, które faktycznie uległy delikatnemu wybieleniu. Przyznam, że nie był to docelowy "przedmiot" mojego zainteresowania ;)


Wygładzenie?
Mam mini mimiczne zmarszczki na czole (tak, tak, za dużo się dziwię) i nie zauważyłam żeby się spłyciły. Jedynie co, to muszę przyznać, że skóra stała się bardziej napięta i elastyczna, jednak nie wiem czy jest to zasługa TriAcnealu czy intensywnego nawilżania, które musiałam zastosować podczas kuracji żeby całkowicie nie "zrzucić skóry".

Negatywy:
Po pierwsze, przesuszanie i to tragiczne, które mój K. podsumował jednym zdaniem: "Przechodzisz jakąś wylinkę?" 

Największe przesuszenia pojawiały się na brodzie i w okolicach nosa. Wszystkie płynne podkłady jak jeden mąż podkreślały suche skórki. Efekt był oczywiście paskudny więc w większości stosowałam podkład mineralny Lily Lolo, jedynie gdy kondycja skóry na to pozwalała sięgałam po Healthy Mix serum lub Clinique Superbalanced, który jako jedyny dawał radę.
Sprawa, która cały czas nie daje mi spokoju to fakt, że uwidoczniły się moje naczynka szczególnie w okolicy płatków nosa i ust. podejrzewam, że jest to sprawka TriAcnealu, gdyż wcześniej nie miałam takich problemów. Zastanawiam się czy nie narobiłam sobie trwałego "kuku" :/
W sumie zastanawiam się czy warto dalej ciągnąć kurację. Efekty są mizerne... jeśli w ogóle są, natomiast ciągłe przesuszanie zaczyna mnie męczyć. Dodatkowo boję się, że na własne życzenie uwidoczniłam swoje naczynka. Nie wiem co o tym wszystkim myśleć, mam strasznie mieszane odczucia. Może powinnam stosować całą serię kosmetyków z Avene?

Jedyny plus całej akcji, to brak wysypu, który z tego co czytałam wystąpił u niektórych z Was.
Mam ochotę odstawić na jakiś czas TriAcneal i wypróbować krem złuszczający 5% kw. migdałowego z Pharmacerisu. 
Miałyście? 
Co sądzicie o całej sprawie?




Pozdrawiam Ania!

Nowy ulubieniec-podkład Clinique superbalanced



Witajcie!

        Dzisiaj trochę makijażowo bo zauważyłam, że ostatnio zajmuję się samą pielęgnacją ;) Nie przedłużając przygotowałam dla Was recenzję podkładu CLINIQUE Superbalanced.

Podkład kupiłam już dość dawno temu (jakieś 6 miesięcy) podczas promocji w Sephorze.
Jest to produkt z tzw. "wyższej półki cenowej", więc logiczne, ze zanim zdecydowałam się na zakup poczytałam o nim troszkę i stwierdziłam, że zaryzykuję.
        
CLINIQUE superbalanced


Co twierdzi producent?
Jedwabista konsystencja podkładu doskonale rozprowadza się na skórze, dostosowując się do jej potrzeb i zapewniając nawilżenie i wchłanianie sebum, a także przywracając równowagę skórze mieszanej. Dzięki zawartości witaminy E, która pozwala zwalczyć wolne rodniki, chroni Twoją skórę.

typ skóry: 2-mieszana w stronę suchej

typ skóry: 3 mieszana w stronę tłustej

Formuła: płynna

Krycie: średnie
Właściwości: przywraca równowagę skórze mieszanej, długotrwały



Moja opinia:
 Zacznę od tego, że w sieci natknęłam się na różne opinie na jego temat, najwięcej zażaleń padało pod kątem jego trwałości. Wiadomo, że płacąc takie pieniądze oczekujemy wiele. 
Powiem Wam szczerze, że ja osobiście nie mam z tym problemu. Możliwe, że zależy to po prostu od skóry, gdyż u mnie podkład na prawdę się trzyma. Nie podam Wam konkretnego przedziału czasowego, może będzie to z 6-7 godzin, zależy jak długo mam zajęcia na Uczelni.
Śmiało mogę powiedzieć, że jest to mój podkład do "zadań specjalnych", miałam go na Sylwestrze i uwierzcie mi, że nad ranem miałam co zmywać ;)

Kolejnym plusem, za który uwielbiam ten produkt, to jego fenomenalne zachowanie na mojej twarzy! Początkowo myślałam, że to całe nawilżanie i matowienie w jednym to ściema!  Jakież było moje ogromne zdziwienie, gdy okazało się, że podkład na prawdę nie podkreśla suchych skórek, strupków po pryszczach czy naruszonego wyciskaniem naskórka! 
Dodatkowo podkład nie zapycha ani nie podkreśla porów.
Zazwyczaj przypudrowuję go pudrem sypkim z VICHY a ostatnio testuję nowy zakup mianowicie puder sypki z Clinique. Moim zdaniem podkład lepiej współgra z pudrem z Clinique nie wiem czy jest to zasługa samego pudru czy podkładu ale efekt jest jeszcze ładniejszy.
Produkt rewelacyjnie wtapia się i dopasowuje do koloru skóry. Samo działanie jest bardzo dobre, podkład ładnie wyrównuje i ujednolica koloryt cery. Krycie jest średnie a po nałożeniu palcami, określiłabym je nawet jako lekkie. Podkład nie daje efektu maski.
Konsystencja jest przyjemna, produkt ma lekką formułęnie tworzy smug przez co aplikacja  jest bardzo przyjemna i szybka. Podkład ładnie współgra z kremami, nie roluje się ani nie waży.



Samo opakowanie jest bardzo przyjemne dla oka, kolorowy kartonik kryje chromowaną buteleczkę z bardzo estetyczna nakrętką.
Żeby nie było zbyt słodko, czas na wadę, mianowicie wydaje mi się, że w takiej cenie, producent powinien się postarać i dołączyć pompkę, gdyż wylewanie podkładu z buteleczki jest trochę uciążliwe i mało praktyczne.


           Podsumowując, wydaje mi się, że jest to najlepszy podkład jaki miałam. Absolutnie nie żałuję mojej decyzji, podkład w pełni zaspokaja moje "makijażowe" potrzeby, nie wysusza, nie podkreśla suchych skórek, dobrze się trzyma, daje ładne wykończenie bez efektu maski...mogłabym wymieniać i wymieniać.
Czego chcieć więcej? 
Niższej ceny ;)

Cena faktycznie odstrasza, jednak wydaje mi się, że warto mieć jeden a dobry produkt, niż kupić kilka podkładów i nie być z żadnego zadowolona.

Ocena: 6/5 

Czy kupię ponownie? Zdecydowanie TAK


Co sądzicie o tym produkcie? Podbił wasze serca czy wręcz przeciwnie, pozostawił gorzki niedosyt?




Pozdrawiam Ania!



pastelowo mi...czyli weekendowy mani

Witajcie!


Dziś nieco delikatniej, subtelniej i tak jakoś romantyczniej ;) Sama nie wiem czemu, ale ten Inglotowy kolor właśnie tak mi się kojarzy. Przyznam szczerze, że jest to mój ulubiony lakier spośród wszystkich jasnych "nudziaków".


lakier Inglot nr. 174

Kupiłam go z ładny rok temu a konsystencja cały czas jest jak po pierwszym otwarciu. Lubię go stosować gdy chcę tylko delikatnie podkreślić paznokcie...bardzo często mam go na paznokciach w niedzielne, leniwe popołudnia gdy po powrocie z Kościoła siadamy z moim K. przy herbatce i ciasteczku ;)
Kolor jest bardzo uniwersalny, ślicznie podkreśla kształt paznokci a dodatkowo nadaje im piękny i świeży blask.






Osobiście, oprócz czerwieni, które są ponadczasowe, lubię właśnie takie jasne, pastelowe i troszkę mleczne odcienie :)

Lakier genialnie nadaje się do "frencza", którego niestety nie umiem perfekcyjnie zrobić ;)
Lubicie??


Jaki jest Wasz "neutralny" typ?



Pozdrawiam Ania!

Żel, którego nie trzeba przedstwiać

Witajcie!

Dziś szybki post na temat żelu a właściwie zapachu, który królował pod prysznicami większości bloggerek ;)

Mowa o pomarańczowo-lukrecjowym żelu pod prysznic firmy Original Source.


Original Source pomarańcza i lukrecja
Żel zamknięty jest w bardzo wygodnym opakowaniu, które zostało przyozdobione uroczym "sweterkiem" w reniferki ;) 
Zapach jest bajeczny! Z opakowania czuć go bardzo wyraźnie jednak pod prysznicem, w kontakcie z wodą traci na intensywności, natomiast na ciele jest jedynie delikatnie wyczuwalny. Moim zdaniem jest to plus, gdyż nie przepadam za zbyt długo utrzymującymi się zapachami, szczególnie wieczorem gdy kładę się spać.
Powiem Wam, że nawet mój K. stwierdził  że w końcu kupiłam coś co "fajnie" pachnie. Podejrzewam, że większość z nas skusiła się na niego właśnie ze względu na genialny design opakowania oraz jeszcze lepszy zapach :)




Konsystencja jest dość przyjemna, raczej rzadka i dlatego ważne żeby uważać przy dozowaniu. Z racji, że żele OS "stoją na głowie" można wycisnąć za dużą ilość produktu. Żel bardzo dobrze się pieni, jednak miałam wrażenie, że coś szybko piana się kończyła...a ja lubię jak się duuuużo i dłuuuugo pieni ;)



Działanie jest bardzo poprawne..cóż, żel to żel, ma myć i kropka ;) Osobiście nie oczekuję od produktów tego typu jakiegoś działania pielęgnacyjnego czy nawilżającego, jednak nie przepadam za wysuszaniem. Tu pojawia się zgrzyt, wiem że wiele z Was pisało u siebie, że żel nie wysusza skóry. Ja natomiast znowu będę odmieńcem, otóż moją skórę nieco wysuszał. Najgorzej plecy, bo aż mnie swędziały i na "gwałt" musiałam je balsamować :/



Podsumowując, uważam, że jest to całkiem udany produkt. Szczególnie ze względu na zapach, design i konsystencję. Jedyny minus to wysuszanie, jednak nie było ono aż tak uciążliwe jak w przypadku innych żeli, które w ciągu mojego życia testowałam ;)
Z pewnością jeszcze kiedyś do niego wrócę, bo nie wiem czy wiecie, ale "reniferek zrzuca sweterek" i wchodzi do regularnej sprzedaży :)


Cena: ok 9 zł
Pojemność: 250 ml
Ocena: 4 / 5
Czy kupię ponownie? MOŻE


Pozdrawiam Ania!


Ponad 200 obserwatorów, więc czas na rozdanie!

Witajcie!

Moje Drogie, powiem szczerze, że zakładając bloga marzyłam, żeby ktokolwiek zechciał do mnie zaglądać, chociaż 50 osób...dziś jest Was już ponad 200, więc postanowiłam w końcu zorganizować małe rozdanie :)
Powiem Wam, że miałam niezły orzech do zgryzienia, co by tu dla Was przygotować ;)
Oto co możecie wygrać :)




Warunki:
  1. Obowiązkowo musisz być publicznym obserwatorem mojego bloga <KLIK> (1 los)
  2. Dodatkowo możesz:
  • dodać mnie do Blogrolla (1 los)
  • dodać informację na pasku bocznym (baner) z informacja o rozdaniu (1 los)
  • dodać informację w formie notatki (2 losy)
  • odpowiedzieć na pytanie: Co byś zmieniła w wyglądzie/ postach/ mojego bloga (1 los)



Regulamin:
  1. Fundatorem nagród jestem ja, właścicielka bloga KosmetyczkaAni.blogspot.com
  2. Nagrody wysyłam wyłącznie na terenie Polski.
  3. Aby wziąć udział w rozdaniu musisz mieć ukończone 18 lat
  4. Do osoby, która wygra wyślę wiadomość email.
  5.  Jeśli zwycięzca w ciągu trzech dni nie odpowie na mojego maila, będę zmuszona powtórzyć losowanie.
  6.  Zastrzegam sobie możliwość zmiany w regulaminie.

Podsumowując:
Możecie zdobyć 6 losów

Rozdanie trwa od dziś: 21.03.13r do północy 21.04.13r
Wyniki zostaną ogłoszone do 3 dni od daty zakończenia.

Szablon: 

Obserwuję jako:
email:

Baner: TAK (link)/NIE
Notka: TAK (link)/NIE
Blogroll: 
TAK (link)/NIE
Odpowiedź na pytanie:



Powodzenia :)

Nowa współpraca: Pollena-Ostrzeszów

Witajcie!

Troszkę spóźniony post, jednak miałam małe problemy techniczne. Po raz kolejny troszkę się pochwalę, otóż udało mi się nawiązać współpracę z firmą Pollena-Ostrzeszów .


W ramach współpracy otrzymałam do przetestowania żel pod prysznic Biały Jeleń o zapachu jagody i łopianu oraz całą masę pokaźnych próbek. Jako, że wczoraj wykończyłam mój dotychczasowy żel pod prysznic (o którym przeczytacie już wkrótce), już dziś biorę się za testowanie "jelonka". Zobaczymy jak się sprawdzi :)





Przyznam, że bardzo ciekawi mnie szampon z dodatkiem octu jabłkowego, ciekawa jestem czy podziała na moje osłabione włosy. Swoją drogą muszę zacząć jakąś kurację przeciw wypadaniu i na "porost" włosów. 
"Włosomaniaczki" do Was to pytanie, co polecacie??


Znacie produkty Biały Jeleń? Macie jakieś swoje ulubione kosmetyki tej firmy?
Możecie coś polecić?


Pozdrawiam Ania!



Cenniejsze niż złoto, czyli próbki od Vichy

Witajcie!

Patrząc na Wasze wpisy odnośnie próbek Vichy, pomyślałam " Czemu nie?"
Założyłam buty, kurtkę...no w końcu piękną mamy zimę w marcu i pognałam do apteki ;)
Co się okazało, próbeczki od Vichy to bardzo "chodliwy" towar ;)
Wyobraźcie sobie, że dopiero w trzeciej aptece udało mi się je dostać, więc zgarnęłam chyba przedostatnią sztukę bo kolejne Panie w kolejce były ewidentnie niezadowolone ;)




Przynajmniej poćwiczyłam pośladki przedzierając się przez nieodśnieżone lubelskie chodniki ;) 
Udało się Wam "dorwać" próbki?


Pozdrawiam Ania!

Wieczorny koszmar od Yves Rocher

Witacie!

Dziś kolejny post z cyklu bubel roku, choć może trafniejsze będzie określenie bubel miesiąca ;)
Niektóre z Was mogą odnieść wrażenie, że jakoś uparłam się na firmę Yves Rocher, otóż nic podobnego. Swego czasu zachwyciłam się ich kosmetykami i promocjami jakie oferują, zrobiłam mega zapasy...aż w końcu przyszedł czas na ich zużywanie...i tu pojawił się problem. Mam świadomość, że utopiłam kupę kasy na w kosmetykach, których nie mogę zużyć!


Jednym z takich produktów jest mleczko do demakijażu z serii HYDRA VEGETAL przeznaczone do cery normalnej i mieszanej.

Mleczko do demakijażu Yves Rocher hydra vegetal
 Co twierdzi producent?

Składnik aktywny: sok roślinny z klonu: zatrzymujący wodę w skórze.
Intensywnie, dogłębnie i długotrwale nawilża.
Zalety produktu: aksamitna konsystencja dzięki czemu skóra jest delikatna w dotyku.
Formuła testowana pod kontrolą dermatologiczną.
Nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego. 


skład:
 Aqua, Paraffinum Liquid, Glycerin, Ethylhexyl Cocoate, Coco-Caprylate, Sorbitan Stearate, Ceteth-20, Propylene Glycol, Cetyl Alcohol, Phenoxyethanol, Carbomer, Methylparaben, Parfum, Sorbic Acid, Sodium Hydroxide, Allantoin, Acer Saccharum Extract,Ethylparaben, Propylparaben, Tetrasodium Edta.





Moja opinia: 


Konsystencja jest poprawna, jest nieco rzadka, jednak nie jest to problem. Wydaje mi się, że pod tym względem nie odbiega ono od standardowych mleczek do demakijażu.Dodam, że zawsze rozciapywało mi się na palce i byłam w nim ubabrana. Zapach jest nieco chemiczny, jednak nie mogę powiedzieć żeby jakoś specjalnie mi przeszkadzał. 
Działanie jest średnie, kosmetyk nie zmywa makijażu w jakimś zawrotnym tempie, powiem więcej, czasami musiałam odczekać swoje (tusz z L'oreal Million l.). 
Mleczko, jak mleczko, pozostawia tłustawa powłoczkę, którą jednak szybciutko zmyjemy żelem do mycia twarzy.
Czy mleczko faktycznie nawilża?
Nie wiem, warstwa którą pozostawia doprowadzała mnie do szalu więc szybciutko myłam twarz żelem.  Poza tym, wychodzę z założenia  że od nawilżania mam krem a produkt do demakijażu ma jedynie oczyścić moją buzię.


Niestety, to by było na tyle jeśli chodzi o plusy, otóż mleczko podrażniało mnie i szczypało w oczy jak żaden inny specyfik do demakijażu, który miałam okazję testować. Było to jedno z najgorszych " demakijażowych" doświadczeń  w ciągu moich 24 lat życia ;)
Po całym zabiegu oczy były czerwone i szczypały, mimo przemycia ich dużą ilością wody. Dodatkowo występował efekt "zamglenia" co strasznie mnie irytowało!Rano budziłam się ze szczypiącymi i lekko podropiałymi oczami.

Po tygodniu stosowania doszło do tego, że obudziłam się z do tego stopnia zaropiałymi oczami że musiałam rozklejać rzęsy żeby otworzyć oczy! 
To był definitywny koniec!
Mleczko odstawiłam a moje oczy po dwóch dniach doszły do siebie!






Wydaje mi się, że nigdy więcej nie kupię niczego do demakijaży z Yves Rocher, zwyczajnie się zraziłam. Jak dla mnie kosmetyk jest 100% bublem, nie jestem w stanie go zużyć i chyba skończy się na tym, że mleczko poleci do kosza. Podrażnienia jakie wywołał u mnie ten produkt są niedopuszczalne i wydaje mi się, że nie ma sensu bardziej się rozpisywać. Do widzenia. Dobranoc.

Ocena: 0/5 (!)

Czy kupię ponownie? NIE



Pozdrawiam Ania!

Weekendowy mani :)

Witajcie!

Badania do mojej pracy magisterskiej trwają i czasem wydaje mi się, że chyba nigdy się nie skończą :/
Niestety, moje dłonie a tym bardziej paznokcie zaczynają już odczuwać niszczące i wysuszające działanie metanolu i innych odczynników :/
Mimo szczerych chęci, malowanie paznokci stało się bezsensownym zabiegiem, bo po powrocie do pokoju nie ma najmniejszego śladu po lakierze. 
Postanowiłam więc, że muszę skorzystać z weekendu i obowiązkowo zrobić jakiś mani :)
Idę dziś na urodziny, więc postawiłam na klasyczną i ponadczasową czerwień :)
Oto jak prezentuje się lakier nr. 36 z Inglota.


Inglot nr. 36







Powiem Wam, że lakier nie jest już pierwszej świeżości bo mam go już z ładne 2 lata a mimo to cały czas nadaje się do użycia. Muszę przyznać, że jest to główna cecha Inglot-owych lakierów, która zachęca mnie do ich zakupu. Co do trwałości, niestety ale tu jest problem, bo płacimy 20 zł za lakier, który jutro ewentualnie pojutrze będzie w opłakanym stanie.



Lubicie lakiery Inglota??


Pozdrawiam Ania!